— Pokłon ci, Czandauro — odpowiedziała. — Pokłon ci, królu mój i panie! Jakżem szczęśliwa, że wolno mi powitać cię tym imieniem.

— Tobie je zawdzięczam, Rumi.

— Mnie, Czandauro? Żartujesz chyba z poddanki twojej?

— Gdybyś nie ostrzegła mnie przed Marankaguą, nie stałbym dziś na tym miejscu i nie podziwiałbym twojej urody, księżniczko.

Pokraśniała i spuściła oczy.

— Schlebiasz mi, królu. Ostrzegłam cię za późno. Życie zawdzięczasz tylko własnemu męstwu.

Podniosła oczy i rzekła z entuzjazmem:

— Biłeś się jak lew, Czandauro. Marankagua jest podłym zdrajcą, ale dzielnym wojownikiem. Mało kto sprostał mu w walce wręcz. A jednak wytrąciłeś mu nóż z ręki jak dziecku.

— Obecność twoja, Rumi, była mi bodźcem do męstwa. Nie chciałem w oczach twoich uchodzić za niedołęgę.

— Cóż mogło tobie, królu, zależeć na tym, co myśli o tobie czerwonoskóra córa borów? Nie zwracałeś na mnie uwagi. Jestem dla ciebie jak kamień przydrożny.