O ile jednak przychylne są dla żeglugi owe stałe wiatry, na które marynarz zawsze liczyć może, a w których pozwolone mu jest odpocząć spokojnie, postawiwszy żagle we właściwym kierunku, po trudach i zmianach północy — o tyle straszny bywa pas otaczający bezpośrednio równik, a oddzielający północne pasaty od południowych. Jest to „pas cisz morskich” (Les calmes Francuzów, equatorial calms Anglików, Kalmengürtel Niemców). Tu panują na przemian: kilkotygodniowa cisza bez wiatru, bez przewiewu, i najstraszniejsze orkany, jakie zrodzić zdoła przyroda. Pas cisz jest kolebką owych huraganów, cyklonów, tornadów i tajfunów (na Oceanie Indyjskim i Spokojnym, głównie na Morzu Chińskim), które pokryły już kośćmi i szczątkami okrętów niejedno miejsce dna oceanów. Te straszne walki odbywają się bez świadków zwykle, nieszczęśliwy okręt ginie prawie nieomylnie w walce z huraganem, a admiralicja lub biuro kompanii notuje w swych księgach po próżnym wyczekiwaniu: „przepadł bez wieści”. Tak zginął między innymi ofiarami wśród Oceanu Spokojnego rosyjski kliper203 wojennej marynarki „Oprycznik”. Admiralicja do dziś dnia, od pół wieku prawie, czeka na jego przybycie, nie mając najmniejszego śladu, lecz zdaje się, iż pochłonął go ocean podczas jednego z owych okropnych przesileń natury, gdyż okręt kupiecki angielski widział właśnie w czasie katastrofy na Oceanie Spokojnym wojenny statek rosyjski, ku któremu zbliżał się huragan 24 grudnia, a więc w samą wilię Bożego Narodzenia. Musiała to być dla oficerów i załogi rozpaczliwa wilia.
Orkany te, straszne dla flot, portów i miast, postępują tu w pasie cisz, po linii parabolicznej, w wirowym biegu za północ rzadko jednakże wykraczają poza zwrotniki, w ich szerokości nawet są już rzadkie. Za to pomiędzy nimi nadmiar działań słońca wysyła takie olbrzymie masy par z oceanu, prądy powietrzne tak gwałtownie poruszane bywają, że przesilenia atmosfery następują z potęgą wszystko niszczącą, z okropnością, przed którą truchleje człowiek, kryją się zwierzęta. Deszcze są tu potopami, orkany śmiertelnymi dreszczami przyrody. Niedawno, w 1882 roku, zniszczył huragan całą prawie Manilę, przebiegając lotem pioruna przez Wyspy Filipińskie, zaś o deszczach, a raczej ulewach tropikalnych mieszkaniec północy wtedy może nabrać pojęcia słabego, gdy zważy, iż siła spadających strumieni wody dziurawi żagle okrętowe, przekształca przez kilka godzin rzeczki małe w rwące potoki.
Czudi, znany badacz-podróżnik, opisuje jeden z takich deszczów w liście pisanym z brazylijskiej prowincji Minas Geraes.
„W przeciągu popołudniowych kilku godzin — pisze podróżnik — spotężniał deszcz do straszliwej ulewy, która trwała z niesłychaną siłą przez siedem godzin. W licznych mych podróżach widziałem często nadzwyczajne deszcze, lecz trwało to zwykłe przez kilka chwil tylko. Nigdy jednakże nie miałem do czynienia z podobnym jak tu zjawiskiem. Po kilku godzinach stało się ono rzeczywiście przerażające. Przestraszeni mieszkańcy obawiali się o byt swej wioski, z każdej skały lały się potoki wody, potoki, których wielkość i siła rosły z każdą godziną, przesycona ziemia nie była już w stanie wciągać w siebie tyle wody. W mieszkaniu mym — był to najlepszy dom w Capellinhie — nie było już suchego miejsca; woda, która wdarła się przez dach, wypływała jako potok drzwiami. Od czasu do czasu oświecała błyskawica ciemne pokoje, podczas gdy piorun zagłuszał na chwilę szumiące strumienie deszczu. Niespokojni, oczekiwaliśmy z każdą godziną końca strasznej tej gry przyrody, lecz dopiero około północy przesiliła się burza. Dziś jeszcze myślę z niejakim przerażeniem o niej. Wszystkie nadzwyczajne zjawiska przyrody, przeciw którym człowiek walczyć nie jest w stanie, którym poddać się musi, skazany na bezczynność, wywierają nań nadzwyczaj głębokie, stałe wrażenie. Następnego dnia trudno było poznać wioskę. Jestem przekonany, że obserwacje pluwiometryczne204 byłyby dały dnia tego takie rezultaty w Capellinhie, jakie pozostałyby jedynymi w archiwach meteorologii”.
„Łucja” jednakże, Bogu dzięki, nie miała do czynienia z owymi strasznymi burzycielami spokoju żeglugi i oceanów; raz tylko zawiał gorący i ostry harmattan205 od brzegów afrykańskich. Są to wiatry właściwe tutejszym wodom przybrzeżnym. Około jedenastej przed południem 19 lutego stało się nagle duszno i niezwykłe, oddech tamujące gorąco raziło wszystkich pasażerów okrętu. Niebawem zakołysało się morze silnie, gładką przed kilku chwilami powierzchnię poruszała nagle niby niewidzialna ręka, z pieniących się fal dwie wpadły na pokład. Lecz nagle jak się stawił, tak też ustał harmattan. Przez chwilę szarpał złowrogo za liny, które szumiały i warczały, jak gdyby chciały się porwać — potem morze wygładzać się poczęło, gorąco ustało i okręt, powróciwszy na swoją prawą burtę, dążył w dal jak przedtem. Monotonność żeglugi przerywało zawsze drobne jakie zdarzenie, urozmaicając okrętowy tryb życia. Najczęściej powodem było zjawienie się koło okrętu mieszkańców morskich lub czatowanie na nich. Znaczną część ranka zajmowała kąpiel, a raczej zlewanie się morską wodą, przy czym podróżnicy moi wzajemnie sobie służyli, woląc ten sposób niż kauczukową mą wannę. Następnie czytano zwykle lub porządkowano notatki, bawiono się sporządzeniem hamaków, które niestety przy próbie wieczorem zawodziły nadzieje fabrykanta, niemającego wprawnej ręki majtka, i rwąc się, zrzucały go z owocu całodziennej pracy; to znów zakładano wędki, czatując na bonity i tony. Często łowiący długo czekał na próżno, zawiedziony rzucał wreszcie wędkę i siadał do stołu. Nagle ukazuje się zamiast tona drobna srebrzysta rybka. „Pilot, pilot” — krzyczy któryś z majtków. Wszystko, co żyje, opuszcza stół, talerze i dąży w oznaczonym kierunku za ster. Rzeczywiście płynie tu drobne, zwinne stworzenie, to zbliżając się do wyrzuconych na rekiny przynęt, to oddalając się od nich — wtem znikła! Lecz na jej miejscu ukazuje się w głębi bezkształtna szara masa, poruszająca się to w prawo, to w lewo. Podnosi się z wolna, odróżnić można nieforemną głowę, olbrzymią paszczę, niby na gardle umieszczoną; wtem paszcza ta podskakuje ponad powierzchnię i łakomie chwyta jeden z kawałów mięsa, które wloką po wodzie za okrętem ukryte haki.
„Rekin! Harpuna!” — wyrywa się naraz ze wszystkich piersi. Stary majtek chwyta za ostre żelazo przyczepione do długiej mocnej liny i staje na burcie za sterem, otoczony widzami. Potwór poczuł już połknięty hak; zdziwiony, czuje się podciągnięty ku burcie, a w chwili, gdy zupełnie jest zbliżony do niej, brodacz nasz po krzyku „baczność!” rzuca z nigdy niechybiającą zręcznością harpunę i wbija ją głęboko w kark znienawidzonego morskiego zbója. Struga krwi farbuje wodę naokoło, zwierz rzuca się z siłą wściekłej rozpaczy, lecz już drugi majtek zarzucił mu pętlicę z liny naokoło ciała i razem z brodatym ciągną go na pokład. Jeżeli harpuna dobrze była rzucona, wtedy od głównego ostrza odskakuje we wnętrzu zwierzęcia drugie, tworząc z pierwszym krzyż; można więc śmiało ciągnąć za linę wbitej mocno w kark rekina harpuny bez obawy, iż ta ostatnia wyskoczy. Gdy zwierzę podciągnęli już do burty, dwu majtków niezwłocznie i szybko odrąbuje ogon, bez tego albowiem rekin, którego siła w ogonie jest zdumiewająca, potrzaskałby burt i wszystko, co tylko by pod straszny młot ten wpadło. Nawet po odrąbaniu ogona należy się mieć na baczności: widziałem raz, jak jednym uderzeniem złamał resztą swego ogona nogę odważnego majtka, niewierzącego należycie w jego siłę i zbliżającego się do rozbestwionego potwora. Toteż rekin tak jest nienawidzony przez załogi okrętowe, iż z nieopisaną radością witają jego przybycie na pokład, by zająć się męczeniem. Zwierz albowiem posiada nadzwyczajną siłę żywotną, rozcięty i rozpłatany porusza się czasem jeszcze po dwu godzinach.
Na „Łucji” powitano wciągnięcie rekina również z wielką radością: majtkowie dla zemsty za starych kolegów, pasażerowie dla preparowania różnych jego części, jako to: szczęki, skóry ostrej jak pilnik, kości pacierzowej i skrzeli. Zapomniano o obiedzie i wszystkim innym, nawet o zapachu tranowym, który panuje na okręcie długi czas po zabiciu rekina.
Takie i tym podobne zajęcia skracały zwykle czas morskich podróży pasażerom i załodze „Łucji”. Najprzyjemniejszymi chwilami jednakże były cudne południowe wieczory pokładowe, gdy gorące, palące promienie słońca ustąpiły miejsca nocnemu chłodowi, a ciasne ramy płóciennej markizy szerokiemu firmamentowi, na którym miriady206 gwiazd zabłysły spokojnie, unosząc myśli przez daleką atmosferę ku prawom tajemniczym, co miejsca i ruchy dyktują.
Noc tropikalnego oceanu to sen czarodziejski, to wieniec cudów przyrody, na którego wspomnienie wyobraźnia opuszcza najbogatsze pałace naszego lądu, dążąc ku owym srebrzystym obszarom bez granic i skazy — świętym, wielkim i wolnym jak wieszcza natchnienie!