Ląd! — Charakter zachodnich brzegów Afryki. — Przylądek Monte. — Pierwsza noc przy afrykańskim brzegu. — Osady i pirogi krajowców. — O Krumanach i ich angażowaniu, cechy charakterystyczne, zalety i wady. — Dziwaczne przezwiska. — Rzeczpospolita Liberia, jej początek i historia. — Przybycie do Monrowii. — Przylądek Mesurado. — Krootown. — Natrętni goście.
Dnia 24 lutego ujrzeliśmy wreszcie zachodnie brzegi afrykańskiego lądu. Gdym się obudził około piątej rano, usłyszałem zaraz ów charakterystyczny głuchy szmer fal, bijących o ziemię i zwiastujących bliskość wybrzeża. Równocześnie wszedł do kajuty dyżurny majtek, przynosząc wiadomość od kapitana Boutes, że widać brzegi z lewej burty.
Wyszedłszy na pokład, mogłem rzeczywiście powitać tę Afrykę, do której płynęliśmy; znajdowaliśmy się o kilka staj zaledwie od wybrzeża na wodach Rzeczypospolitej207 Liberyjskiej.
Widok, jaki przedstawiają te brzegi, jest po większej części bardzo jednostajny: linia żółtawa to piasek nadbrzeżny, druga, nieco w tył posunięta, ciemnozielona — to gąszcze lasu dziewiczego, a pod i nad nimi ciemniejsze i jaśniejsze pasy sine — to morze i niebo, tworzące ramy dziwnie prostego pejzażu. Takie mniej więcej wrażenie uderza podróżnika, który się zbliża do brzegów zachodniej Afryki. Tu i ówdzie palma, wznosząca swą piękną koronę wyżej nieco ponad ogólną linię gąszczów, lub faktoria samotna wraz z nielicznymi grupami krajowców, snujących się po piasku, ożywiają jedynie tę monotonność. Tu jednakże ukazał się nam krajobraz w żywszych nieco barwach. Z fal oceanu wznosił się świeży i górzysty przylądek Monte (Cape Mount) pokryty bujną, ku morzu spływającą roślinnością. Ten, następnie przylądek Mesurado, u stóp którego leży stolica tej afrykańskiej rzeczypospolitej, Monrowia, wreszcie Przylądek Palmowy (Cape Palmas), stanowią jedyne prawie punkty wyższe, przerywające te wybrzeża aż do kolonii Złotego Brzegu, którą później poznamy.
Sądziłem, że będziemy po południu dnia tego w Monrowii, u pierwszego celu dwutygodniowej żeglugi naszej z Santa Cruz; około dziesiątej z rana jednakże wiatr ustał zupełnie, a „Łucja” stanęła nieruchoma naprzeciwko malowniczego przylądka Monte. Zjawiło się kilku krajowców, przybywających w długim, z obu stron ostro zakończonym pirogu208 (czółnie krajowym), ofiarując usługi pilota do Monrowii, których nie potrzebowaliśmy, mając ścisłe mapy żeglarskie i wiedząc z instrukcji nawigacyjnych209 francuskiej admiralicji, że wpłynięcie do portu Monrowii nie przedstawia żadnej trudności.
Gdy nawet z nadejściem nocy wiatr się nie wzmagał, zarzuciliśmy dla bezpieczeństwa kotwicę. Noc była niezmiernie jasna i pogodna, długo siedzieliśmy na pokładzie, wpatrując się zadumani w brzegi owego lądu, na których kto wie, jaki los nam był przeznaczony.
Na wybrzeżu migotały ogniska, poruszające się to w prawo, to w lewo, a od czasu do czasu dolatywały do nas dźwięki bębenków i pieśni tańczących z łuczywami krajowców.
Następnego dnia, 25 lutego — była to niedziela — podniesiono przed wschodem słońca kotwicę; wiatr był znów przychylny i posuwaliśmy się szybko naprzód. Od czasu do czasu zauważyć można było na brzegu wioski krajowców, składające się z chat „bambusowych” — tak przynajmniej zwykle je nazywają, choć drzewo, z którego chaty te są zbudowane, nie jest bynajmniej bambusem. Przed każdą prawie z nich spostrzegliśmy wysoki słup, przedstawiający prawdopodobnie fetysz210. Z wiosek tych przypływały ku nam niejednokrotnie pirogi z krajowcami, przywożąc kury lub ryby na sprzedaż, tj. żądając za nie wódki, tytoniu lub innych przedmiotów. Nieraz litość brała, gdy się patrzyło na nadzwyczajne ich wysiłki dopędzenia okrętu, płynącego dość szybko. Jeżeli się to udawało, wtedy podawano im linę z pokładu, do której przywiązywali wątłe swe czółna, płynąc tak wraz z okrętem dopóty, dopóki nie dobili targu lub, jeżeli żądali za wiele, dopóki ich nie odczepiono.
Przyjrzyjmy się teraz nieco bliżej krajowcom zamieszkującymi w ogóle te brzegi. Ktokolwiek poznał tryb życia w zachodniej Afryce, ten wie, jak ważną odgrywają w nim rolę Krumani211, czyli właśnie ci krajowcy. Dzielą się oni na liczne szczepy i osady, mające oddzielne swe nazwy, jak: Kru, Vhey, Bassa, Grebo itp., dla obcych zaś istnieje dla nich wspólna nazwa Krumanów, czyli ludzi z brzegów Kru.
Po zniesieniu niewolnictwa wszystkie faktorie i plantacje europejskie byłyby musiały zwinąć na afrykańskim brzegu swą czynność dla braku robotników, gdyż miejscowi krajowcy nigdzie prawie nie godzą się do pracy. Jedyni Krumani212 nie stronią od takowej, i od Sierry Leony do Kongo wszystkie prawie faktorie i plantacje spomiędzy nich rekrutują robotników.