— Ależ, panie profesorze — zawołałem zasmucony — tu, tu was odnajdziemy! Przecież ja przez ten czas bliżej może będę kosy!
— Nie, młody przyjacielu, to są wieczne prawa natury, a mnie je wreszcie dają me siwe włosy. No, ale mniejsza, kto kogo szukać będzie, aby wam się tylko udało, aby się spełniły wasze życzenia. Jakże finansowo teraz z ekspedycją?
Zachmurzyło mi się czoło...
— Niestety — odparłem z westchnieniem — pozostał jeszcze dług na rachunku pana X., lecz ten przyrzekł czekać powrotu „Łucji-Małgorzaty”.
Stary profesor posmutniał. Chciał coś powiedzieć widocznie, ale ciężko mu było się wysłowić... Przemógł się wreszcie, wstał nagle, podał mi obie dłonie i rzekł głosem stłumionym, spiesznie, urywkowo, jak gdyby się bał, że nie zdąży wypowiedzieć, co myślał:
— Chciałbym, byście wyjechali bez długu w mieście... Kto to zrozumie, ile walki kosztowało was to lato, nim nadeszła chwila wypłynięcia... Przecież widziałem to codziennie... Po co mają się chwalić wasi nieprzyjaciele, żeście dług pozostawili tu w Hawrze! Nie jestem bogaty, ale tę rzecz załatwimy. Mam parę franków w domu, a jak mi zabraknie, to mi pożyczycie, panie Le Jolis, nieprawda? — rzekł, zwracając się do swego towarzysza. — Przyjmijcie tę pożyczkę! Ja obgadywać was nie będę, a jak będziecie mogli, wiem, że mi oddacie. Proszę, nie odmówcie! Zadanie wasze, zadanie miejcie przed oczyma!
Do głębi poruszony, nie byłem w stanie nic odpowiedzieć, trzymałem tylko staruszka za rękę, chcąc go wstrzymać od spełnienia takiej ofiary, gdyż przecie wyruszałem na bardzo niepewne losy, ale poczciwy profesor się wyrwał i ze słowami: „Alfons, vite!”23 znikł w przedsionku.
Pozostałem sam w pokoju z panem Le Jolis i poprawiając węgle w kominku, starałem się ukryć wewnętrzne wzruszenie.
Stary profesorze Vattier, jeżeli ród ludzki zawiera jeszcze takie perły, warto dla niego pracować!
Staruszek wkrótce powrócił, wręczając mimo oporu należność winną panu X., i ze słowami „Do widzenia, do widzenia!” podał mi jeszcze raz obie dłonie na pożegnanie.