Było późno w nocy, gdy po załatwieniu interesu pana X. wracałem do okrętu! Jeżeli z niewielu szczęśliwych chwil życia była jednak jedna taką w zupełności, była nią owa wieczorna godzina! Ostatnia chwila na lądzie ukazała mi jeszcze człowieka, w jakich już nie wierzyłem — jak gdyby los był chciał zaświecić nam z lądu na pożegnanie tym jasnym świecznikiem na daleką drogę.

„Łucja” leżała we śnie pogrążona. Światło księżyca oświecało jej liny i maszty, na których jutro rozwinąć się miały żagle. Spojrzałem na nią jakby na drogą wierną kochankę! Ileż krwawego potu, ile żółci, ile nocy bezsennych kosztowała mnie walka o twój byt, ma „Łucjo”, wie to tylko w zupełności jedyny tylko Tomczek śpiący już w grobie!

Dziś jesteś wolna — jutro popłyniemy! Dobranoc ci w ostatnim dniu tym na lądzie!

Następnego dnia, 13 grudnia 1882 r., podnieśliśmy kotwicę. Dzień był śliczny, jasny, słoneczny — świeży NE poruszał z lekka falą, gdy wypływaliśmy z portu, z brzegu śledziło liczne grono widzów za wypływającymi. Wreszcie „Łucja” minęła ostatnią latarnię morską, na portowych wałach powiewały kapelusze, ktoś nas żegnał jeszcze; schwyciłem lunetę — był to poczciwy nasz stary profesor Vattier i nasz przyjaciel, pan Le Jolis.

— Pod sztandar! — zakomenderowałem. — Trzy saluty! — i trzy razy podniosła się flaga Warszawy na głównym maszcie „Łucji-Małgorzaty”, żegnając się ze starym naszym druhem, podczas gdy brzegi Hawru znikać zaczęły na horyzoncie.

Rozdział II

W Kanale Angielskim. — Różnica francuskich i angielskich brzegów. — Pierwsze chwile żeglugi. — Wiatr się wzmaga. — Barometr. — Charakter majtka. — Wichry zmuszają „Łucję” do szukania schronienia w Falmouth.

Żegluga po Kanale Angielskim24 należy do najnieprzyjemniejszych w świecie. Gęsta mgła i ciągłe „dawanie drogi” (wymijanie) przepływającym okrętom — największe zwykle przyczyny gniewu dla marynarza — prześladują go tu prawie nieustannie. Sławne w historii te wody, oddzielające wesołą Francję od poważnej Anglii, są zawsze ożywione, wskazując liczne maszty, żagle i smugi dymu parowców. Nie można nazwać Kanału burzliwym, fale jego są jednakże częstokroć bardzo niesforne, szczególniej podczas zachodniego wiatru, który już niejeden okręt rozbił o skaliste brzegi Bretanii. Dla lądów, które oddziela, Kanał był dziwnie niesprawiedliwy, rozmywając wapienne swe łoże, obdarzył z jednej strony Anglię wygodnymi dla żeglugi brzegami, mnóstwem obszernych i bezpiecznych portów, podczas gdy z drugiej utworzył ponure rozciosane skały północnej Francji. Cherbourg, Hawr i inne porty w Kanale leżące są tak niespokojne i mają tak trudne wejścia, iż podczas złej pogody pomiatają odpoczywającymi w nich okrętami jak otwarte morze, a cały brzeg Bretanii jest prawie nieprzystępny. Wybrzeża angielskie przeciwnie, posiadają mnóstwo wygodnych zatok i zatoczek oraz porty, w których ani odpływ i połączony z nim niski stan morza, ani prąd fali przypływowej, ani wreszcie wichry jesienne zbytnio okrętom szkodzić nie mogą.

Ponieważ po długim panowaniu północno-zachodnich wiatrów wypływaliśmy z NE-em, spodziewałem się więc, iż dopisze on nam przecież dni kilka i dozwoli przynajmniej „zakasać rękawy”, co przetłumaczywszy na język lądowy, znaczy wydostać się z La Manche. Niebo było też jasne i zdawało się potwierdzać mniemanie. Gdy się uspokoiło na pokładzie, po postawieniu żagli siedliśmy do stołu. Nareszcie na pełnym morzu, nareszcie płyniemy!

Tysiące myśli strzelało mi po głowie, tysiące uczuć ożywiało piersi. Opuszczałem więc Europę, udało się urzeczywistnić dzieło. Przeżywałem ową chwilę, o którą pytałem sam siebie czasem rozpaczliwie podczas długich miesięcy walki, czy nastąpi ona w ogóle? Dla uświęcenia wpłynięcia dobyto starego oporto25, przeznaczonego umyślnie w tym celu; był to podarek jednego z hawrskich liwerantów26 ekspedycji, który tak mnie oszukał na winie, że przy pożegnaniu aż się popłakał poczciwiec, tracący nadzieję służenia „Łucji-Małgorzacie” dalej z równą skrupulatnością.