Wycieczka na Rzekę Św. Pawła — W kriku, brzegi mangrowiowe. — Las dziewiczy, termity i ich budowy. — Ławy aligatorów; znów zmiana scenerii: farmy i plantacje; przyszłość Liberii. — Nawracamy. — Plantacja p. Ducoursy. — Kawa. — Plantacja p. Sharpa, trzcina cukrowa. — Wioska Vbeyów. — Powrót.
Następnego rana, 27 marca, odbiły szalupy nasze przed wschodem słońca od bortu „Łucji”, by zawinąć do przystani miasta po p. Travisa, i zaledwie pierwsze promienie słońca ozłociły wzgórza Monrowii, gdy staliśmy na umówionym miejscu, czekając na liberyjskiego towarzysza ekskursji.
Pierwsza szalupa płynęła pode mną i miała przyjąć p. Travisa, druga, pod K. Tomczekiem, zawierała namiot, prowiant, kuchnię i inne potrzebne przedmioty; w nadziei zaś licznej zdobyczy myśliwskiej zabrał każdy z nas dubeltówkę. Lecz oto i on — oczekiwany towarzysz! Szerokim swym słomianym kapeluszem przesłał nam właśnie dzień dobry i z zawieszonym przez ramię karabinem kroczy tak żwawo ku szalupie, iż mimo woli nagli nas do pośpiechu. Otóż wsiadł, przywitaliśmy się i naprzód płynie ochocza załoga „Warszawianki”, wyprzedzającej swą towarzyszkę. Minąwszy brzeg morski, wpływamy na szeroki Stocton Creek, wiodący do Rzeki Św. Pawła. Brzegi jego, wynurzające się z bliskiej mgły porannej, tworzą mangrowiowe251 bagna, napotykane zwykle w tych stronach Afryki przy ujściach rzek i krikach252.
Kto nie zna Afryki Zachodniej, ten nie może sobie przedstawić krajobrazu, jaki przedstawia przestrzeń pokryta mokrym tym fantastycznym gąszczem. Są to ławy mułu, tworzące dopiero brzegi, na których szare pnie mangrowiów i blada ich zieleń sterczą dziwnie pokręcone we wszystkich kierunkach. Pnie te jednakże nie wznoszą się wprost z ziemi, lecz noszą je powietrzne wysokie korzenie, pomiędzy które spadają inne, wyrastające z pnia i gałęzi. Wszystko to razem jako całość przedstawia dla oka dziki, fantastyczny labirynt, wśród którego podczas odpływu (zwykle w krikach jeszcze panującego) przewijają się w szlamie i mule, przez owe pień noszące korzenie — węże, jaszczurki i aligatory, a rozbudzonej imaginacji zdumionego przybysza zdaje się, iż widzi jeden z owych odległych periodów potopowych i że lada chwila fantastyczna postać ichtiozaura253 ukaże się również pomiędzy ohydnymi mieszkańcami tego dziwnego świata amfibii254.
Wkrótce jednakże zmieniła się panorama, monotonne mangrowie pozostały za nami i powitały nas lasy dziewicze, morza świeżej uroczej zieleni: bombaksy255, bambusy afrykańskie, palmy najróżnorodniejszych rodzajów, powiewne banany, manguzy, olbrzymie paprocie i złociste ananasy — wszystko poprzeplatane lianami i ożywione barwną, różnokolorową orkiestrą śpiewaków koron leśnych, witających piękny, ochoczy poranek.
Od czasu do czasu wystrzał, pochodzący to z jednej, to z drugiej łodzi, zagłuszał świergot ptactwa i kilkunastu śpiewaków stoczyło się z wysokiej siedziby. Były to śliczne okazy o niezmiernie żywych barwach. Papugi afrykańskie o popielatych skrzydłach i grzbiecie, białym spodzie i czerwonym ogonie, drobne różnokolorowe „karły”, niby kolibry, świecące wszystkimi barwami tęczy, „król rybaków” wielkości szpaka naszego, a tak zwany przez Liberyjczyków (king fisher) dla swej pełnej lazurowej barwy — wszystko to tworzyło żywy kalejdoskop, zmieniający się nieustannie, a zapraszający co chwila do chwytania za dubeltówkę, nigdy albowiem przedtem ani w Afryce, ani w Europie nie widziałem naraz tyle najrozmaitszego ptactwa.
Słońce tymczasem wzbiło się wyżej i zaczęło przypiekać gorącymi promieniami. Na twarzach wioślarzy, jak i w ruchach ich spostrzec można było zmęczenie, kazałem więc podpłynąć ku brzegowi, w cień, by wypoczęli przez chwil kilka. Olbrzymie drzewo, które rosło niby wywrócone lub wygięte przez kaprys przyrody tuż nad wodą, służyło za przystań. Przywiązaliśmy przy nim łodzie i wdrapawszy się na ląd, wstąpiliśmy do dziewiczego lasu.
Niewstrzymywana tu przez żadne wpływy roślinność, wytryskająca wszędzie z każdego atomu przyrody, rozrastająca się w jeden węzeł, nie przepuszcza nawet promieni słonecznych i pogrążając olbrzymie te przestrzenie w wiecznym zmroku, obejmuje podróżnika z początku niepokojem i tajemniczością. Tajemnicze też światy dokoła! Każdy krzak, każdy pień spróchniały obrośnięty lianami, każde drzewo zdaje się ukrywać wrogów czyhających w ukryciu. Człowiek, przejęty majestatem przyrody, czuje się jak dziecko niepewny swych kroków i obawia się nawet dotknąć się liścia, który mu drogę zasłania. To chrzest lasu dziewiczego! Wkrótce krok staje się pewniejszy, oko łatwiej się orientuje, a wyobraźnia mniej staje się rozgorączkowana. Syczący wąż nie czyha na podróżnika, jak się to zdaje w Europie, lecz grzejąc się na słońcu, pospiesznie się kryje, skoro tylko usłyszy nadchodzące kroki. To samo i z resztą większych mieszkańców gąszczu, których liczne zastępy ukryte w swych jarach i łożyskach, śpią leniwie, oczekując nocy dla swych drapieżnych pochodów. Coraz pewniej kroczy podróżnik swą leśną dróżką, aż w końcu czuje się prawie równie swobodny, jak w lasach europejskiej ojczyzny.
To samo wrażenie rysowało się i teraz na twarzach po raz pierwszy wstępujących w lasy egzotyczne, podczas pierwszych kroków naprzód, pośród lianów256, gałęzi i paproci. Liczne ananasy czepiały się liśćmi swymi przechodnia, dzicy jednakże byli powydrążali słodkie wnętrza owoców, których skórki tylko leżały dokoła. Krajowcy albowiem mają inny sposób jedzenia ananasa niż my w Europie i — muszę im to przyznać — może racjonalniejszy. Zamiast obierania ananasa i krajania go na kawałki, przy czym zwykle traci się cały sok, wypijają oni takowy, wydrążając mięso we wnętrzu owocu. Mnóstwo mrówek i robactwa rozpoczynało się zagnieżdżać w rozrzuconych łupinach, wskazując przechodniom, jakie ilości owadów ukrywa tu każdy zakątek. Przed krokiem nadchodzącego uciekały tysiące drobnych i większych żyjątek do swych kryjówek, a pomiędzy nimi rysowały się tu i ówdzie nieforemne kameleony, najróżniejszych rodzajów jaszczurki, drobne wężyki i olbrzymie pająki, których wstrętne ciała były czasem wielkości kurzego jaja. Wszędzie kipiało życie w pełni i sile.
Postąpiwszy kilkaset kroków w gąszczu, napotkaliśmy stare szczątki opuszczonej chaty murzyńskiej. Wśród bambusowych belek porosły były liczne pasożyty, liany oplatały całość, a zwinne jaszczurki kryły się w nich przy naszym zbliżeniu. Jak łatwo wytryska tu zieleń! Lada przedmiot opuszczony przez człowieka i oddany w opiekę przyrodzie zostaje wkrótce odziany jej szatami. Czasem przed początkiem pory deszczowej zwali tornado jednego z zielonych olbrzymów leśnych – pozostał strzaskany pień i zwalone drzewo, które wkrótce zaczyna gnić w wilgoci leśnej, lecz zanim zdoła się rozłożyć nieboszczyk, objęły go zielone ramiona nadziei, zawsze młodej bogini afrykańskiej flory. Jakby dotknięty jej nieśmiertelnością, pokrywa się on nową zielenią, a po niedługim czasie znajdujemy na miejscu tym samym wdzięczną zieloną kolumnę i fragment jej, również żyjący u stóp, jakby bukiet rzucony przez tropikalne driady257.