Wszystko oplotły liany swymi wiecznymi wieńcami. Tak też przedstawiała się opuszczona chata; nie była to ruina, przeciwnie, była to kolebka zieleni.
Wkrótce odkryliśmy przyczynę jej opuszczenia. Niedaleko od chaty, nieco ukryty w zaroślach, stał wysoki pagórek termitów, dochodzący do wzrostu człowieka; drobny ten biały wróg ludzkich mieszkań spłoszył widocznie Murzyna, który tu był obrał sobie siedzibę.
Podziwienia godne te mrówki białożółtego koloru są plagą mieszkańca Afryki ekwatorialnej. Europejczyk, który u siebie zapakował swe rzeczy w drewniane skrzynie lub kufry, i przybywszy tu, postawił je nieszczęsnym trafem w miejscu, w którym żarłoczny owad obrał swą siedzibę (choćby to było w magazynie faktorii), odkryje zapewne z żalem już po dwóch dniach ciężką stratę. Skrzynie będą pokryte długimi liniami, przedstawiającymi się jakby wstęgi z gliny. Są to tunele, które legiony tych białych mrówek, niecierpiących światła, zbudowały na swej zdobyczy może w przeciągu jednej nocy, by pod tym mieszkaniem wkrótce przedrążyć skrzynie i zniszczyć przedmioty (głównie płótna, książki, przedmioty drewniane) w nich zawarte. Częstokroć stół wstawiony kilka tygodni temu do mieszkania, rozpada się nagle — to termity; wydrążyły drzewo wewnętrzne, pozostawiając coś jakby cieniutki futerał formy stołu.
Mrówki te głównie przyciąga miejscowość258 gliniasta, toteż w domkach glinianych ściany pokryte są ich tunelami, a kto by tylko powiesił tużurek259 lub parasol na noc na takowej, zauważyłby może już następnego rana, że podobny tunel ciągnie się również i po tużurku, zniszczonym, przedziurawionym do szczętu.
Lecz stokroć ciekawsze i oryginalniejsze są budowle innego rodzaju termitów — w lesie. Są to wysokie, nieraz wyższe od człowieka budowle z gliny, przedstawiające się jakby piramidy, ozdobione z różnych stron niby wieżycami gotyckimi. Wnętrze tej misternej budowy przerzynają liczne korytarze i celki, a w pośrodku znajduje się królowa. Otwór i wejście do jej celi jest daleko mniejsze, jakby się zdawać mogło dla wielkiego jej korpusu. Otworem tym jednak królowa weszła do celi, tylko że wtedy był to mały, wątły owadek; następnie się rozrósł, nabrał tuszy i jest już więźniem, któremu liczne drobne karawany poddanych obficie dostarczają pokarmu.
Tymczasem wioślarze wypoczęli. Nawróciliśmy więc z krótkiej wędrówki i siedli nazad do łodzi, które też wkrótce wypłynęły na wspaniałe wody Rzeki Św. Pawła. Miejsce, w którym krik łączy się z rzeką, przedstawia rozległą powierzchnię wodną, czyniącą wrażenie jeziora. Kilka ław odkrytych przy niskim stanie wody zwykle obierają tu aligatory na miejsce leniwej drzemki pod palącymi promieniami słońca. Podpłynęliśmy ku nim ostrożnie, trzymając karabiny w pogotowiu, lecz niestety, żaden z potworów nie chciał, byśmy go przywitali — nic się nie wynurzało z wody. Podpłynęliśmy więc dalej i znów zmieniła się sceneria brzegowa. Podczas gdy Stocton Creek przedstawiał po większej części brzegi dziewicze i dzikie, wstąpiliśmy z wpłynięciem na rzeczywistą rzekę w strony noszące więcej śladów cywilizacji. Brzegi Rzeki Św. Pawła albowiem okazały się rzeczywiście najważniejszą arterią życia, zaczątkiem siły społecznej i ważnym czynnikiem w skromnych dochodach rzeczypospolitej. Lata przyszłe pokażą może, że stąd rozpryśnie się widmo niekorzystnych obrazów, jakie przedstawia Monrowia — lepszy rozwój i mocniejsza postawa kraju. Są to albowiem brzegi niezmiernie urodzajne i już pokryte licznymi, okazałymi poniekąd farmami i plantacjami zamożniejszych Liberyjczyków. Plantują oni przeważnie kawę (a kawa monrowijska już sobie zdobyła pewne stanowisko na targach europejskich), trzcinę cukrową, z której zaraz na miejscu wyrabiają rafinadę cukru i rum. Tu i ówdzie pracują parowe prasy cukrowe na tych brzegach rzeki. Krajobrazy te wynagradzają podróżnika nieco za nieład, jaki zauważył w samej Monrowii. Powiedzieliśmy bez ogródki nasze zdanie o tej ostatniej, bądźmy z drugiej strony sprawiedliwi dla farmerów znad Rzeki Św. Pawła! Oby energia amerykańskiej Unii260 silniej działała na młodą Liberię i oby Rzeka Św. Pawła kiedyś współzawodniczyć mogła z dobrobytem na Missisipi. Takie przebudzenie się Afryki byłoby najwyższą nagrodą i radością dla tych, którzy poświęcili jej zdrowie swe, przyjaciół, dobrobyt i życie nawet.
Po wesołym śniadaniu, do którego rozłożyliśmy się obozem na jednym z miejsc wyciętych na lewym brzegu rzeki, poczęliśmy zwiedzać główne farmy, plantacje i faktorie należące do Liberyjczyków. P. Travis był nam przy tym drogocennym przewodnikiem, gdyż wszędzie go znano, lubiano i przyjmowano z wielkim szacunkiem.
W trakcie popołudniowych godzin zwiedziliśmy jedną z faktorii, należącą do Liberyjczyka-Mulata. Czyniła ona dość dobre wrażenie. Nagromadzone towary pochodziły z rynków Europy lub Ameryki (Liberia wiele importuje z tej ostatniej), a zaspakajają one potrzeby tak sąsiadów, farmerów, jako też krajowców niepłacących za nic pieniędzmi, jak już wspominaliśmy, lecz produktami krajowymi, tj. olejem palmowym, orzechami olejnymi, skórami małp lub lampartów, woskiem, miodem, gumą etc. Wchodząc do faktorii, zauważyłem tytoń, ubrania europejskie, buty, płótna, zapasy żywności, przedmioty galanteryjne, piśmienne, słowem niemal wszystko, co główne potrzeby życia zanotować każą kupcowi. Na ścianie zaś jednej wisiała owa mapa Liberii, o której mówiłem, wydana w Monrowii przez rząd, a zestawiona przez B. Andersona261, czarnego podróżnika, który w r. 1868 odbył znaną wyprawę do kraju Mandingów, Musardo i Buley. Mapa, której linia brzegowa i topografia nie odznaczają się wprawdzie ścisłością i pozostawiają wiele do życzenia, jest atoli ważnym dokumentem jako pierwszy okaz kartograficzny wydany w Rzeczypospolitej Liberyjskiej. Daje przy tym pogląd chronologiczny co do aneksji i kupna od krajowców różnych części terenu, tworzącego dziś ziemię rzeczypospolitej262.
Młody albinos, który zastępował właściciela, przyjął nas bardzo uprzejmie i oprowadzał po magazynach faktorii, po zwiedzeniu której puściliśmy się dalej po rzece.
Południowe słońce tymczasem powoli pochylać się zaczęło ku brzegowym lasom i plantacjom i znów zastąpił przyjemny chłód rażący upał dzienny. Jakby żywa panorama przesuwały się brzegi z prawej i lewej strony, a na nich zawsze te same obiecujące farmy, faktorie i plantacje.