Tamte podnoszą stopniowo to, co swoje, dążąc do rozwoju — te naśladują tylko formy cudzych instytucji i zwyczajów. Tamte zadziwiają przybysza do pewnego stopnia swym samoistnym postępem cywilizacji, mającym prawo żądać pobłażliwości — te mimo woli niejako pobudzają go do śmiechu i pewnego lekceważenia.

Oto mniej więcej wrażenie, jakiego doznaje podróżnik, patrząc na dotychczasowe rezultaty rozwoju osiągnięte wśród czarnych mieszkańców tych brzegów.

Rozdział XVI

Wypłynięcie z Cap Palmas. — Pożegnania. — Południowa granica Liberii. — Noce pod niebem tropikalnym. — — O mały włos w barze. — Barry afrykańskie. — Hegemonia wpływów angielskich. — Próbka anglo-afrykańskiego żargonu. — Królestwo Assini. — Na kotwicy w Assini. — Trudna przeprawa na ląd. — Przywitanie w francuskiej faktorii. — Kąpiel upragniona i przymusowa. — Ulewa. — Wyjazd po rzece assinijskiej do króla Amatifu.

Pan Bretignére zdecydował się jechać z nami, dobyto więc mapy brzegów Assini, by w oznaczony dzień wypłynąć.

Z francuskim gościem przybył w przeddzień odjazdu na pokład jego towarzysz podróży pan Sion, jadący do Assini jako pomocnik agenta faktorii domu Verdier z La Rochelle. Niestety od pierwszego kroku uczynionego na pokładzie opanował ich Neptun z bezwzględną surowością i trzymał ich ciągle, głównie zaś pierwszego, w kajdanach choroby morskiej. Z miasta przybył, odprowadzając nas, też jeden z agentów faktorii, p. Rine, który nas był przyjmował ze szczerą gościnnością u siebie podczas pobytu w Cap Palmas. Serdeczny cudzoziemiec przynosił nam dwa młodziutkie aligatory w alkoholu oraz kilka skór małpich i aligatorów. Chcieliśmy się pożegnać przy szklance groku283 na okręcie, ale i on, zaledwie stanął na pokładzie, poddać się musiał tyranii bożka morskiego i spieszył się opuścić obcy mu żywioł. Tak to często bywa! Marynarz pragnąłby niejednokrotnie ze szczerego serca przyjąć jak najlepiej u siebie przybywającego gościa z lądu, lecz ten mimo woli zaledwie przybył, już zaczyna przeklinać ruchome progi gospodarza!

Następnego dnia, czternastego rano podnieśliśmy kotwicę i rzekli do widzenia lub może adio Liberii. Wkrótce minięto ujście rzeki Fresco, granicę południową rzeczypospolitej i płynęliśmy wzdłuż opuszczonych, choć do Francji zaliczanych brzegów Grand Basam i Assini, z których ostatnie pod względem etnograficznym już są częścią kraju Aszanti284. Dynastia też krajowa panująca w Assini, Amatifilu, jest spokrewniona z dynastią aszantyjską, choć ta poddała się wpływom angielskim, tamta zaś francuskim.

Dnie były niezmiernie gorące, życie więc okrętowe poszło owym powolnym flegmatycznym trybem, który charakteryzuje strony podzwrotnikowe. Kajut-kompania stała naturalnie pusta, całodzienne pożycie odbywało się na pokładzie; tu zastawiono stół, czytano, gawędzono lub odbywano sjestę285. Byliśmy w czterech stopniach północnej szerokości, pas pasatów się skończył, a przeto i „Łucja” przyjęła powolność południową i tylko bryzy (wiatry z lądu), odświeżając cały pokład, posuwały ją z wolna naprzód na wschód.

Za to noce były czarujące i jak we dnie, tak i wtedy był pokład zaludniony, gdyż oprócz jednego wszyscy pasażerowie i załoga przenieśli tu swe materace i spali na świeżym powietrzu z tą ufnością w czuwanie Opatrzności, która podróżnikowi w pewnym stopniu jest niezbędna, a bez której staje się on wprost nieszczęśliwym, wiecznie zatrwożonym człowiekiem.

Pewnej nocy, śpiąc na pokładzie obok Brelignera — kapitan Boutes trzymał wartę — usłyszałem nagle, budząc się, szum podczas tych cichych pięknych nocy. Zerwałem się i — Bogu dzięki, że było dość wcześnie — kazałem ster przełożyć na drugi bort. Sterujący Guedau, podczas gdy Boutes zeszedł na dół na chwilę dla konsultacji mapy, bądź z nieuwagi, bądź ze złej woli — gdyż został za przewinienie zdegradowany w Santa Cruz — sterował tuż w brzeg, którego trzymaliśmy się tak blisko, jak tylko bezpieczeństwo dozwalało, by poznać jego charakter i już, już znajdowaliśmy się w barze Grand Bassamu, najgorszej niemal na całym brzegu, która by była zapewne nie wypuściła nas cało kilka minut później. Już przy Monrowii zapoznaliśmy się z tą plagą afrykańskiego brzegu, którą nazwano „the bar”, „la barre”, „die Barre” — a więc powiedzmy „barra” po polsku. Jest to wysoki wał wodny, z daleka nadpływająca fala oceanu, która nagle znajdując się wobec płaskiego brzegu, łamie się, podczas gdy już nadchodzi druga, trzecia itd. Taki pas nadchodzących grzebieni wodnych, częstokroć wysokich jak ściana piętrowa, ciągnie się po całym wybrzeżu, a najgorsze barry znajdują się w Grand Bassam, Assini, Accrah oraz w Lagos. Gdyby więc sternik przez chwilę choć jeszcze był pozostawiony sobie samemu, bylibyśmy prawdopodobnie ponieśli nieszczęście fatalne dla ekspedycji.