Pierwszy owoc dają drzewka również i tu po dwóch lub trzech latach, lecz żniwa dające oczekiwane dochody następują także w Assini dopiero po pięciu latach.
Plantacje kawy mają jednakże w Assini już swego nieprzyjaciela, który niszczy je w kolebce. Przechodząc około szkółki, zauważyłem tego strasznego wroga plantatora — jest to robak, właściwiej larwa, około cala długa, której ostre szczęki przecinają łodygi młodych roślin. Co rano Murzyni pracujący w szkółce zabijają znaczną ich ilość. Ponieważ pomocnik Jansen, znający plantacje kawy w Liberii, nigdy, jak twierdził, nie widział przedtem owej larwy w innych punktach brzegu, zebrałem więc kilka okazów dla gabinetu warszawskiego. Tymczasem zeszliśmy ze wzgórza i przybyli na miejsce, na którym budują nowy dom murowany, zauważony już wczoraj. Materiałem budowlanym jest piaskowiec sprowadzany z okolicy, wapno zaś wypalają z muszli brzegowych. Niedaleko od tego miejsca zaszliśmy do krajowej wioski Embue. Chaty, budowane z gliny, były bardzo czyste, większą ich część zdobiły rodzaje małych tarasów murowanych i malowanych na czerwono, wszędzie zaś zauważyliśmy znaczną ilość fetyszów – figury z gliny lub drzewa, czaszki, wypchane wielkie jaszczurki, żółwie itp.
Krajowcy jednakże obawiali się nas; widocznie byliśmy za liczni, gdyż było nas dziesięciu białych. By nie powracać do domu tą samą drogą, zapuściliśmy się w dziewiczy las, przez który ścieżka, wąska jak tunel przecięty, przez zieleń zaprowadziła nas na najwyższy punkt plantacji. Przy ściętej palmie zatrzymaliśmy się, by przekonać się, czy nie wycieka z niej wino palmowe, gdyż dlatego zapewne ścięli ją nieoględni krajowcy. Rzeczywiście odkryliśmy wkrótce wycięty w niej otwór, a przy nim podstawioną kalabasę307, w którą wyciekał ów sok fermentujący, noszący nazwę wina palmowego. Dzieci afrykańskich lasów, gdy nie znali jeszcze takich darów Europy jak wódka, odurzali się wśród życia znoju tym napojem jedynie, który zresztą i dziś jeszcze lubią nadzwyczaj. Jest on słodkawy i kwaskowaty zarazem; jak wszystkie płody Afryki, z początku nie bardzo zadowala Europejczyka, później jednak gusta nasze tu się zwykle zmieniają.
Wreszcie słońce podniosło się znacznie, powróciliśmy więc na dziedziniec domu mieszkalnego. Zaledwie jednakże weszliśmy nań, gdy rzuciła się na podwórze gromadka Murzynów, donoszących z żywą gestykulacją, że „ów wielki wąż, co w nocy tak często przychodzi po kury i kozy”, ukazał się tuż obok domu na skłonie w krzakach. „Le boa! Le boa!” dało się słyszeć ze wszech stron i schwyciwszy za fuzje, cała chmara czarnych, a pomiędzy nimi nasze białe kaski — rzuciła się ku oznaczonemu miejscu. Nagle stanął przewodniczący Murzyn i milcząc, wskazał ręką na wielki zawiły korpus olbrzymiego węża (Boa constrictor), lecz też w tej samej chwili gorąca krew jednego ze strzelców nie mogła dłużej wytrzymać i wymierzył do zwierza, który nietrafiony, lecz przestraszony, znikł. Już sądziłem, że jak wczoraj lamparty, tak dziś boa nam się wymknie, lecz nagle zauważyliśmy przewrócone, wewnątrz wzdłuż przepróchniałe drzewo, mające być gniazdem węża. Jeden z Murzynów tak twierdził, a gdy mu inni przeczyć chcieli, zaiskrzyły mu się oczy z gniewu. Z dumnym spojrzeniem, śmiało i wyzywająco sięgnął w otwór drzewa, a wyciągając z niego dwa jaja wężowe, rzekł z pogardą i pewny siebie: „Jest, jak powiedziałem”. Trzeba było wypędzić potwora z kryjówki i daliśmy kilka strzałów rewolwerowych dwunastego kalibru w jeden z otworów, podczas gdy druga partia czekała przy drugim. Po trzecim strzale boa zaczął wypełzać i wkrótce ukazała się rozwarta szeroko jego paszcza w przeciwległym do strzelających otworze, lecz tu go przywitał pełny ładunek z dubeltówki kapitana Boutesa, strzał celnie wymierzony — głowa opadła, boa był nasz.
Ogólny okrzyk radości, pochodzący z piersi murzyńskich, rozległ się w powietrzu i oznajmił pozostałym na plantacji, że boa zdobyty. Niezwłocznie schwyciło kilka silnych czarnych ramion za szyję zwierzęcia i jakby długi kabel okrętowy wyciągnięto go ze spróchniałego drzewa. Sześciu Murzynów wzięło go na barki i nazad pod górę przed dom mieszkalny posypała się w solennym pochodzie pstra masa, rozogniona zwycięstwem. Przystąpiłem do zdobyczy, by zanotować rozmiary; był to śliczny, rzadkiej wielkości okaz, mający 3 m 62 cm długości, przy 36 cm obwodu.
Ochoczo upłynęło po porannym spacerze i improwizowanym polowaniu śniadanie, a po takowym w dalszą trzeba było ruszyć drogę, by wieczorem stanąć w stolicy kraju, w Krindżabo.
P. Bernard, grzeczny i usłużny nasz gospodarz w Elimie, odprowadził nas do brzegu jeziora i znów zajęliśmy miejsca w szalupie, odpływającej pod prostopadłymi promieniami słońca. Szczęściem dość silny wietrzyk wiejący od morza pozwolił nam rozwinąć żagiel i znów posuwaliśmy się szybko po wodach dziś lekko falujących. Uradowani wioślarze zsunęli się poza daszek, pozostawiając łódź opiece Eola308, wdzięczni, że się zlitował nad czarnymi ich głowami, na które zlewał się żar słońca południowego, zanucili, zapewne na cześć jego, jedne z owych monotonnych swych pieśni murzyńskich, dziwne na słuchającym wywierających wrażenie.
Wkrótce znajdowaliśmy się na środku olbrzymiego jeziora, a brzegowe ramy leśne zarysowały się znów w dali we wszystkich odcieniach zielonosinych kolorów, począwszy od szarawych stóp wybrzeża do jego błękitnych szczytów, ginących na lazurowym tle nieba. Lecz otóż zwiększa się wiatr i z szybkością pięciu, następnie sześciu, a wreszcie siedmiu węzłów, pędzimy ku północnym brzegom, gdzie wpada rzeka Krindżabo. Minąwszy nieznaczne barry, będące u jej ujścia, barry, którym krajowcy, przyzwyczajeni do niebezpiecznych burunów morskich, nawet przyznać nie chcą tej nazwy, wpłynęliśmy na uroczą rzekę, nad którą leży stolica króla Amatifu. Po obu stronach ujścia rzeki stoją tu, malowniczo rozrzucone, gliniane chatki dwóch wiosek, jakby na straży przy jedynej bramie do serca kraju, głównego jego tętna. Niby srebrna wstęga wije się rzeka przez dziewicze lasy, odkrywając olśnionym oczom podróżnika krajobrazy, które przyroda tylko z wypogodzonym czołem stworzyć mogła. Jednostajne mangrowiowe brzegi ustąpiły tu miejsce ściśnionym rzędom rozłożystych olbrzymów, śmiałym zarysom giętkich lian, piętrzącym się ciemno zielonym krzewom, których gałęzie i liście, kąpiąc się w toni, tworzą orzeźwiające, chłodne groty — siedziby wężów i aligatorów. Ciekawa małpa, przywabiona śpiewem Murzynów, porzuciła swą kryjówkę i spoza szerokich liści spoziera na przepływające podróżne nasze grono. Orzeł biały siedzi nieruchomo na pierzastej koronie palmy królewskiej, nie troszcząc się o huk wystrzału, jak gdyby wiedział, że na wysokiej jego siedzibie nie dosięgnie go ani kula, ani strzała. Wąż wodny, pyszniąc się z jaskrawych farb i regularnością form zdumiewającego rysunku łusek, wysunął lśniący grzbiet ponad powierzchnią wody i goniąc za szarą kaczką, znikł razem z nią w nadbrzeżnej gęstwinie.
Wreszcie skręcamy na prawo. Rzędy palm kokosowych wskazują już z daleka wsie, wioski, których kilka leży nad samym brzegiem. Znowu skręcamy na prawo, aż wreszcie, po kilku godzinach tej przesuwającej się panoramy, przybijamy do brzegu — do przystani królewskiej stolicy.