Po kilku godzinach wypłynęliśmy na obszerne jezioro Aby, noszące w południowej części nazwę Ei, czyli Tando. Oddzielone 20-milowym pasem lądu od oceanu, ciągnie się ono od NW ku SE, mając około 60 mil szerokości, a około 200 długości. Co za widok wspaniały tej olbrzymiej powierzchni wodnej! Woda jeziora jest słodka; niestety jest ono płytkie i nie dozwala okrętom posuwać się po nim. Brzegi otaczają lasy dziewicze, tylko rzadko ukazują się pomiędzy nimi bledsze tony prerii. Cała ta sceneria brzegowa ukazuje się jednakże z przyczyny rozległej przestrzeni gładkiego jak lustro jeziora w dalekiej tylko, niewyraźnej perspektywie, oprócz dwóch wysp w pośrodku niego leżących, Assongo i Ansom, które odbijają się jaśniej, gdyż są bliższe. Równe wody laguny przerzynają przegrody rybackie, ciągnące się wszędzie. Są to płociki z gałęzi, zbudowane w wodzie, a służące do zastawiania przy nich sieci. Gdzieniegdzie stały nawet całe domki rybaków na słupach, a nad wszystkim krążyły roje ptactwa wodnego — czajki afrykańskie i inne ich współzawodniczki, łakome zdobyczy.
Chociaż łódź bystro posuwała się naprzód, zaczęła się nam droga wkrótce długą wydawać pod palącymi promieniami słońca, widocznie uradowanymi, że na szerokiej toni miały łódź naszą, by odbić na niej swe gorąco. Chociaż nad nami rozciągnięta była markiza, miał się mimo to wkrótce pokazać pierwszy wpływ równikowego słońca na podróżnikach naszych. Nie uprzedzajmy jednakże zdarzeń.
Wreszcie, wkrótce przed zachodem słońca, zarysowała się plantacja Elima, należąca również do pp. Verdier z La Rochelle, a około szóstej stanęła łódź przy jej brzegu.
P. Bernard, przełożony plantacji, oczekiwał nas na brzegu, otoczony grupą kilkudziesięciu Murzynów, którzy niezwłocznie wskoczyli do wody, by nas przenieść na ląd. Słońce zaszło. Wśród cieni wieczoru ujrzeliśmy zarysy budującego się domu murowanego, przyszłego mieszkania dyrektora plantacji, który tymczasem mieszka w chacie bambusowej na zdrowym wzgórzu, na którym leży Elima. Zapoznawszy się z p. Bernard i jego pomocnikiem, amerykańskim plantatorem Jansenem (Mulatem), ruszyliśmy na wzgórze do domu plantacji. Okrzyki i śpiewy Murzynów przerywały ciszę wieczoru, aż wreszcie karawana nasza, do której przybywały coraz to nowe postacie zaciekawione przybyciem cudzoziemców, urosła do niemałej liczby głów.
Po krętej, stromej ścieżce, pięła się ta karawana pod górę. Księżyc przyświecał pochodowi, rzucając blade światło na malownicze grupy czarnych postaci. Po półgodzinnym marszu stanęliśmy na niewielkiej polanie, zabudowanej bambusowymi chatami. Była to siedziba p. Bernard. Przez szczeliny jednego z tych domków przebijały się płomienie ogniska kuchennego, a że po długiej drodze czuliśmy niezły apetyt, powitaliśmy je więc, jeżeli mam być szczery, z niekłamaną radością.
Oczekując wieczerzy, usiedliśmy, zaproszeni przez naszego gospodarza, w altanie bambusowej przy szklance absyntu305. Pan B. człowiek jeszcze dość młody, narzekał na nadzwyczajną swą samotność. „Jak się zdaje — zanotował jeden z mych towarzyszów podróży — rozpił się biedak w tym zaciszu i dzisiaj uważa absynt za jedyne lekarstwo na nudy i febrę”.
Podczas wieczerzy zgadało się o polowaniu. P. Bretignére twierdził, iż łatwo by nam było upolować antylopę lub może lamparta, gdybyśmy chcieli pójść z nim w nocy na stanowisko. Cóż mogliśmy chętniej przyjąć nad taką propozycję, za godzinę też dążyliśmy z fuzjami na plecach na skraj gąszczu. Droga wiodła po południowych skłonach wzgórza, gdzie schodzą się rzeczywiście, jak przekonały nas ślady, liczne antylopy, dzikie koty i lamparty, dążąc o północy do jeziora.
Po długim dniu nastała noc jasna, piękna, jaką tylko przedstawić jest w stanie przyroda ekwatorialna. Rozdzieliliśmy się na partie i podczas gdy reszta towarzyszów objęła stanowisko na prawo, zająłem z Bretignére’em posterunek na skaju. Anema rozesłał nam dywan w gąszczu na zroszonej ziemi i obserwując pole, położyliśmy się, czatując z przygotowanymi fuzjami.
Teraz jako simplex servus Dei306 powiem otwarcie, jak się ta nocna wyprawa skończyła. Niejeden oczekuje, że powróciliśmy z lampartem ubitym, antylopą, a przynajmniej z dzikim kotem — otóż nie! Dzień był nas zmęczył. Leżąc, zacząłem się wpatrywać we wspaniały nocny krajobraz, zadumałem się przy tym, aż czekając i dumając, sam nie wiedząc jak, zasnąłem snem twardym, błogosławionym. Parę godzin później, budząc się z mym sąsiadem, spojrzeliśmy po sobie. Przespaliśmy się na dobre i parsknąwszy śmiechem, rzekliśmy dobranoc niezgłaszającej się zwierzynie. Lamparty byłyby mogły nas poszarpać, zanimbyśmy byli ich spostrzegli, lecz coś ich trzymało z daleka, prawdopodobnie uczta i hałas panujący w pobliskiej wiosce murzyńskiej Embue z przyczyny przybycia tylu białych.
Następnego rana wyszliśmy na zwiedzenie plantacji kawowej, która dwa lata temu tu założona została. Dlatego ze 100 hektarów terenu jest dopiero 20 zaplantowanych; reszta przedstawia nader pouczająco wszystkie fazy, przez jakie przechodzą roboty przy zakładaniu plantacji, od wycinania drzew leśnych do pielęgnowania już podrastających drzew kawowych. Topór tu jednak ma ciężką pracę, twarde olbrzymy afrykańskich lasów nie łatwo mu się poddają i musi dopomagać ogień. Lecz jeszcze cięższą pracą jest rugowanie korzeni z ziemi i ostateczne oczyszczanie jej, dopiero wtedy można z przygotowanej szkółki rozsadzać młode rośliny. Drzewo kawowe w stanie dzikim dochodzi do 20 stóp wysokości, hodując jednakże takowe, nie dozwala mu się tak wyrastać, obcinając górne gałęzie, by wzmocnić soki i powiększyć ilość owoców. Naprzeciw siebie stojące liście kawowe zbliżają się co do formy i koloru do liści laurowych i są zawsze zielone. Jak powiedziałem już wyżej, drzewo kwitnie i owoc dojrzewa równocześnie, tak że na jednym i tym samym egzemplarzu znajduje się biały kwiat pachnący obok owoców zielonych i dojrzałych. Tak przedstawiają się drzewa przez cały rok i zbiera się owoc ustawicznie, najobfitsze żniwa jednakże odbywają się tu w styczniu.