Wyruszenie do Krindżabo miało nastąpić po południu, musiałem się więc udać na pokład, by przygotować podarki dla króla Amatifu. Wziąwszy takowe z „Łucji-Małgorzaty”, a mianowicie: dwa dywany, nieco materii kolorowych i 10 galonów299 anyżówki, wsiadłem do łodzi i udałem się nazad do faktorii. Łódź wiozła też kilka beczek i bal z „Pandory”, była więc naładowana i już minęliśmy połowę barry szczęśliwie, w nadziei dalszej dobrej przeprawy przez nią, gdy nagle jeden z wałów wodnych runął tuż przy łodzi i zalał takową — a za chwilę cała jej zawartość pływała w spienionych falach. Murzyni jednakże są obeznani z takimi wypadkami, zanim albowiem cośkolwiek stać mi się mogło, uczułem się schwycony przez silne czarne ramiona i na barkach krajowego wioślarza odstawiono mnie na brzeg przemoczonego wprawdzie do szczętu, lecz bez szwanku. Całe towarzystwo z faktorii było tu zebrane, gdyż zauważyli zajście z okien domu. Weszliśmy więc zaraz do takowego, by zmienić przemoczone rzeczy. Dywany i inne przedmioty wyłowiono także. Były wprawdzie też zmoczone, lecz miałem nadzieję, że Jego Królewska Mość Assinijska nie pozna się na tym. Zaczęliśmy je też zaraz suszyć na słońcu.
Tymczasem niebo pokryło się gęstymi chmurami i po przedpołudniowym upale nastąpiła ulewa, jaką tylko w stronach podzwrotnikowych napotkać można. Spragniona ziemia miała zadośćuczynienie — nie mogła nawet zrazu przyjąć w całości spadających mas wody, które jako małe potoki szumiały naokoło faktorii. Spotkać się z takimi strumieniami z chmur spadającymi w drodze byłoby niezbyt pożądane, lecz siedząc na werandzie pod palmowym dachem, przypatrywaliśmy się z zajęciem i południową flegmą nagłemu zjawisku tropikalnej przyrody, owego syfona olbrzymiego, w którym tu atmosfera z majestatyczną siłą odbywa swe przesilenia. Lecz nagle, jak nastała, minęła też ulewa. Niebo na nowo zabłysło światłem pogody, ozłacając zielone korony palm i bananów, strumyki i potoki, które tylko co szumiały po drogach, znikły, wsiąkły w piasek — i znów zapanował skwar południowy, choć już mniej nużący; świeższa nieco stała się przyroda.
Tak tu wszystko pod niebem tropikalnym. Nagle przechodzą nocne cienie w światło dnia co dobę i nagle znów odbiera noc światłu panowanie. Nagle nastaje tornado i w okamgnieniu potężnieje do strasznego, wszystko niszczącego zjawiska, by za chwilę ukazać na nowo niebo o pogodnym i jasnym obliczu. Tylko noc moralną, noc umysłów zbyt opieszale rozjaśnia światło północy i tylko w małych, szczupłych promieniach przedziera się słońce w gąszcz dziewiczy afrykańskiego lądu.
Czas nam jednakże w drogę, bo musimy dziś jeszcze przepłynąć część dalszą rzeki Assini i część jeziora Aby300, by stanąć na nocleg w Elimie, plantacji pp. Verdier.
Kastor ze zwykłą swą przezornością wyekwipował łódź we wszystkie potrzeby, skrzynki z prowizją i podarki dla assinijskiego monarchy już ułożył, urządził siedzenia i wreszcie schodzi od strony faktorii ku rzece ze skrzynką ciężką, a noszącą napis: „À sa Majesté le Roi Amatifou d’Assinie”301, przysłane od Rzeczypospolitej Francuskiej.
Wszystko było gotowe do drogi, zajęliśmy więc miejsca pod szeroką markizą łodzi obsadzonej ośmiu wioślarzami i uderzyły wiosła o powolne fale rzeki. Ruszyliśmy po niej, pełni oczekiwania tego, co nam miały przedstawić dnie przyszłe u dworu daleko dokoła znanego afrykańskiego monarchy.
Rozdział XVII
Po assinijskiej rzece. — Jezioro Aby. — Elima. — Nieudane polowanie nocne. — Plantacja kawy. — Boa Constrictor. — Po rzece Krindżabo. — Jej panorama. — Przybijamy do przystani.
Aczkolwiek łódź nie była mała, było w niej jednakże nieco ciasno — okoliczność zresztą, do której we wszystkich krajach przyzwyczaić się trzeba, jeżeli towarzystwo jest liczne, a było nas razem wszystkich dwudziestu: pp. Bretignére i Sion, z „Łucji” nas sześciu, inteligentny Kastor, Anema — syn króla Amatifu, będący na wychowaniu w faktorii francuskiej, by się nauczył europejskiego savoir vivre302, Anema, mały Murzynek do usług, wreszcie sternik i ośmiu wioślarzy Assinów, którzy siłą swych szesnastu ramion zmuszali szalupę szybko pruć fale assinijskiej rzeki. Minęliśmy wioskę krajowców, noszącą złowrogo brzmiącą nazwę Mafia303, a tuż za nią rozchodzą się różne kriki, ciągnące się pomiędzy trzema wyspami, z których największa Wyspa Nocy (Isle de la nuit) ma około 30 mil nautycznych długości, przy 15–20 milach szerokości.
Ze zdziwieniem przypatrywałem się Murzynom, pracującym nieustannie swymi pagajami. Muskuły, piersi i ramiona występowały przy każdym uderzeniu wiosła o wodę, świadcząc o herkulesowej sile. Kolor ich cery jest czekoladowy, a naturalnym czarnym barankiem pokryta głowa zakończała przyjemnie całość postaci. Nazywamy Afrykanów „czarnymi”, choć nigdy prawie nie widziałem zupełnie czarnego Murzyna. W ogóle żaden kolor nie jest zbyt wybitnie panujący w plemieniu: w grupie dziesięciu Murzynów zauważy się prawdopodobnie zwykle kilka odcieni brązowych, a kolory te bynajmniej nie rażą oka, przeciwnie, mają, jak dla mnie, coś przyciągającego, lecz de gustibus non est disputandum304!