— Jakże dziś barra? — zapytał się p. Bretignére, wsiadając do łodzi przybyłego kapitana „Pandory”.
— Spokojna nadzwyczaj; szczęśliwego przepłynięcia, panowie! — odparł Francuz i ruszyliśmy od bortu „Łucji”, dążąc ku lądowi.
Z wolna, choć silnie uderzali z początku czarni wioślarze swymi ostro zakończonymi wiosłami, można by raczej powiedzieć, że wbijali je w wodę, gdyż Murzyn trzyma swą „pagaję”292 prostopadle i z góry wpuszczają silnie w fale, odgarniając je nazad. Przyjrzałem się temu szczepowi. Nie bez słuszności nazwali go apollińskim293: rzeczywiście są to postacie piękne o regularnych rysach twarzy, nieco zmysłowych, o silnej budowie ciała i ze spojrzeniem zdradzającym inteligencję.
Tymczasem oddaliliśmy się dość znacznie od okrętu, faktoria coraz wyraźniej rysowała się przed nami. Wtem na rysach Murzynów zaigrało pewne gorączkowe zajęcie — zaczęli śledzić zbliżające się fale, aż nagle zawołali z niepokojem i febrycznym pośpiechem: „Barra idzie!” i równocześnie rzucili się do wioseł. W takt, sycząc do uderzeń pagaj, wiosłowali co tchu. Każdy muskuł drgał — cała ich myśl, siła, chęć, przelała się w wiosło, które nagle, jakby ożywione, popychało szalupę szybko naprzód; a w ślad za nami widok zaiste przerażający dla nowego przybysza — pędzi, piętrząc się, wysoki, prostopadły wał wodny, niby ściana rozstępującego się morza. Wszyscy wytężaliśmy wzrok gorączkowo. Każdy chciałby wzrokiem, oddechem przyspieszonym jeszcze napędzać Murzynów i przelać w nich swą żądzę wygrania w tym niebezpiecznym ciągnieniu losów! Nagle — już, już dopędza nas masa wodna i ma nas pochłonąć w sobie i pochować, gdy głośny okrzyk radości wydziera się ze spoconych czarnych piersi, a łódź równocześnie chwyta niewidzialna siła, wznosi ją wysoko w górę, a następnie jak strzałę spuszcza na dół, naprzód, jakby ześlizgując ją z góry jakiej. To grzebień nadchodzący runął, lecz nie doścignąwszy nas, a łamiące się wody dążąc naprzód ku brzegowi, uniosły łódź swym prądem. Z duszy życzysz Murzynowi odpoczynku po zwycięstwie — pot kroplami spada im po brunatnych, muszkulistych294 piersiach; niestety, nie ma czasu! Już drugi wał rysuje się od strony morza, nadchodzi, pędzi... „Żwawo, żwawo chłopcy!” — piorunuje olbrzymi Murzyn u steru, pochylając się naprzód jak tytan, mierząc rozognionym okiem nadchodzącego wroga i pracujących wiosłami, nad siły prawie, towarzyszów. Takich wałów wodnych i zwycięstw wioślarzy trzeba przejść cztery do sześciu, zanim można się przedostać na ląd; obraz zaś ten na długo zapewne utkwi każdemu w pamięci.
Wreszcie ugrzęzła łódź szczęśliwie w gruncie niskiego piaszczystego brzegu, przed nami jednakże na odległości jeszcze jakich 20 stóp igrały przypływowe fale, to podlatując ku niemu, to odlatując odeń, jak zachcianki kapryśnej kokietki.
Murzyni wyskoczyli i wkrótce na ich barkach, jak się to wszędzie praktykuje na tych brzegach, stanęliśmy na lądzie, gdzie p. Roy, agent faktorii francuskiej, otoczony malowniczym, różnokolorowym tłumem, przyjął nas bardzo uprzejmie i poprosił do stojącego w pobliżu domu faktorii, otoczonego wraz z magazynami palisadą. Przed zabudowaniami zaś wznosił się od strony morza maszt sygnałowy z flagą francuską.
Tłum krajowców, jaki była zgromadziła przed palisadami szybko rozchodząca się wieść o przybyciu licznych białych, podążył za nami na dziedziniec faktorii i ugrupował się tu nader malowniczo. Byłem zdziwiony bogactwem assinijskich, czyli apollińskich magnatów, błyszczących w bogatych jedwabnych szalach i złotych naszyjnikach, bransoletach i obrączkach. Czysto wymyci i wyperfumowani, zadawali kłam znaczeniu słowa „bouquet d’Afrique”295. Być może, że Francuzi zepsuli tu nieco krajowców, których wymagania dziś już są wyższe, niż przypuszcza przeciętny Europejczyk. Assinijczyk za złoto, które przynosi, bierze dla siebie oprócz zwykłych przedmiotów potrzebnych dla handlu ze szczepami głębi (tytoniu, skałkówek, krzemieni, fuzji i wódki) — materie jedwabne i inne droższych gatunków, aksamity nawet widziałem w faktorii, a oprócz tego perfumy, błyskotki. Ba, damy assinijskie żądają nawet pudru i używają go w znacznej ilości, co im naturalnie nie przeszkadza pozostawać przy krajowej modzie kostiumu, tj. przy zarzuconym kawale materii, w którym zresztą dzieciom Afryki lepiej do twarzy niż w stroju europejskim, robiącym z nich zawsze karykaturę. Znaczną ilość prochu potrzebują też dla obchodów uroczystych, na których, jak zobaczymy niżej, głównie przy śmierci osób „znakomitych”, wyprawiają istną kanonadę, nabijając lufy wypróbowanych fuzji ilością prochu, która niejednokrotnie mimo wypróbowania je rozsadza.
Gdyśmy weszli na dziedziniec, powitali wszyscy znajomego im Bretignére’a głośnymi okrzykami radości i do późnego wieczora, nawet po wesołej i gościnnej kolacji, mieliśmy krajowców w faktorii. Z jednym zaś z nich musimy się przede wszystkim poznać. Jest to średniego wzrostu i średnich lat Murzyn o brunatnej cerze, z małą bródką i rozumnymi oczami — Kastor, faktotum296 faktorii. Mówi on płynnie po francusku i po angielsku, czyta i pisze, posiada piękną dubeltówkę Lefouckeux i dzielnie nią mierzy, wypycha ptaki, gotuje znakomicie, a nieoceniony jest jako tłumacz. Z głową spuszczoną i oczami wlepionymi w ziemię słucha on wtedy mowy, którą ma powtórzyć w krajowym języku, chwytając każdą myśl, i powtarza następnie całość ściśle w tym samym porządku temu, do którego była ona skierowana. Kastor będzie tu ciągle przy nas i z nim to odbędziemy już jutro podróż do Krindżabo297, stolicy kraju i rezydencji króla Amatifu, do którego zaraz po przybyciu do faktorii wysłaliśmy, dzięki grzeczności p. Bretignére, kuriera, by zapowiedział przybycie ośmiu białych gości do stolicy, a pomiędzy nimi naszego gospodarza. Szczęśliwy traf zrządził, że właśnie krótko przed naszym przybyciem do Assini przywiózł tu pancernik francuski skrzynkę pięciofrankówek srebrnych, których król Amatifu rocznie od Francji pobierać musi tysiąc, podług traktatu z 1842 r., mocą którego Amatifu odstąpił kraj swój admirałowi Bouet Villauméz, występującemu w imieniu Francji, za odpowiednią sumę, za wybudowanie pałacu królewskiego w Krindżabo, mundur generała-feldmarszałka Francji i „1000 największych monet srebrnych, jakie Francja posiada” rocznie. Pancernik był powierzył odesłanie skrzynki z monetami francuskiej faktorii, zabierał ją więc teraz p. Bretignére do Krindżabo, co nam zapewniało tym lepsze przyjęcie u króla Amatifu.
Następnego dnia, 22 marca, zbudził nas rano dzwon faktorii, zwołujący robotników do pracy dziennej. Taki zwyczaj panuje w wielu afrykańskich faktoriach i na odgłos dzwonu schodzą się zwykle Krumani najęci na rok jeden. Tu jednakże, jako też w sąsiednim Grand Bassamie, właściciel faktorii jest w tym rzadkim położeniu, że krajowcy sami pracują, toteż robotnicy p. Boy składali się z Assinijczyków. Widzimy więc, że choć lubią zbytki i błyskotki, mają jednakże swą cenę apollińscy Murzyni, gdyż rzadko krajowiec na zachodnim brzegu pracuje dla białego; wspomnę tylko zatokę Benin i Biafryjską pod tym względem, gdzie nikt by nie pracował, gdyby nie było sprowadzonych Krumanów.
Gorąco było niezmierne. Zwiedziwszy z gospodarzem naszym budynki faktorii, doszliśmy do rzeki Assini298, by się wykąpać w świeżych jej wodach. Pan Bretignére wprawdzie odradzał, utrzymując, iż rzekę zaludniają liczne aligatory, częstokroć nawet wypełzające i grzejące się w brzegowej trzcinie, lecz upał był szalony, a woda tak zapraszała parne ciało, że dawszy kilka wystrzałów w nią dla odpędzenia nieprzyjemnych sąsiadów, użyliśmy pożądanej odświeżającej kąpieli bez wszelkiego niebezpieczeństwa, a nawet bez ukazania się potworów.