Elmina, czyli San Jorge de la Mina jest najstarszą osadą białych na Złotym Brzegu. Podług kronik marynarskich założyli ją normańscy masoni, którzy tu w r. 1383 wybudowali lożę masońską pod nazwą Mina (La Mine), z przyczyny wielkiej ilości złota tu napotykanego. W r. 1410 miejsce zostało opuszczone aż do roku 1471, w którym zajęli Elminę Portugalczycy, po raz pierwszy się zjawiający w tej epoce na Złotym Brzegu. Wybudowawszy w r. 1481 fort San Jorge (dziś rezydencja angielskiego komendanta miejsca), panowali w nim nad Elminą do roku 1637, w którym tak miejsce, jak i twierdza zdobyte zostały przez Holendrów; im też Portugalia ustąpiła swą posiadłość na mocy traktatu z r. 1641. Holendrzy wybudowali na wzgórzu oddzielonym przez rzeczkę Beyah od zamku San Jorge nową twierdzę, San Jago, którą uczynili głównym punktem tutejszych swych posiadłości. Wreszcie w r. 1870 Holandia odstąpiła Elminę Anglii, obecnie wyłącznej pani Złotego Brzegu. Kolonia ta, nosząca oficjalnie nazwę Gold Coast Colony, ciągnie się podług mapy Wylda przez 250 mil linii brzegowej: od 3° 10’ W, tj. od rzeki Tando, do 0° 41’ 2” E, tj. niedawno jeszcze do rzeki Wolty. Obecnie jednak przekracza wschodnia jej granica rzekę Woltę, obejmując fort Quittah. Najbardziej południowy jej punkt, Przylądek Trzech Punktów (Cape of Three Points), leży w szerokości N 4° 15’, północną zaś granicę tworzy rzeka Prah, dzieląca kolonię Złotego Brzegu od królestwa Aszanti. Ludność krajowa należy przeważnie do plemienia Fanti, spokrewnionego z aszantyjskim.
Widok wybrzeży jest o wiele wyrazistszy i bardziej ożywiony niż otaczających je na wschodzie i zachodzie kolonii: wszędzie ciągną się tu pagórki, grunt wykarczowany, gdzieniegdzie fortece i stare zamki. Charakter ten brzegu zaczyna się zaraz przy granicy assinijskiej, tu albowiem ciągną się Pagórki Apollińskie (Apollonian Hills); dochodzą one prawie do miasta Apollonii333. Owe niskie brzegi, jakie przedstawia Liberia, Grand Bassam i Assini, są tu rzadsze i wydają się rzeźwiejsze przez liczniejsze zabudowania i wspomniane kastele334. Jedną z najmonotonniejszych jeszcze jest część wybrzeża ciągnącego się od Apollonii do rzeki Ankobrah335; tu następują znów pagórki naokoło fortu Axim, dalej zaś między Aximem a fortem Dixeove ciągną się obfite kauczukowe lasy.
Można by mniemać po pierwszym wrażeniu, że jest to ziemia faworyzująca Europejczyków. A przecież rzecz się ma wcale inaczej.
Sami Anglicy zowią tę swą kolonię „The whiteman’s grave” (grobem białych). I nazwa ta jest bardzo odpowiednia. Dla życia Europejczyka Złoty Brzeg nie jest wcale złoty. Lista gubernatorów rządzących tu od roku 1750 wskazuje przerażającą ilość krzyżyków, tak że zwykłe było twierdzenie, iż „dla Złotego Brzegu Anglia powinna zawsze mieć dwóch gubernatorów na raz: jednego tam umierającego, drugiego w drodze na zmianę, albo raczej dla zajęcia wakansu”. Wprawdzie w ostatnich czasach warunki sanitarne polepszyły się nieco, około dwóch dni drogi od rezydencji gubernatora, tj. od Accrah, urządzono nawet sanitarium336, położone w Aburi przeszło 1000 stóp ponad morzem, lecz mimo to pozostaje Złoty Brzeg zawsze „grobem białych”.
A jednak handel między Złotym Wybrzeżem a królestwem Aszanti ściąga tu zawsze Europejczyków, gdyż handel tych stron jest bardzo znaczny i będzie wzrastał z niezmierną szybkością. Artykuły wwożone przedstawiają: sól, spirytualia, tytoń, materie, proch, fuzje, wyroby fajansowe i szkła weneckie pod postacią pereł, lusterek etc. Produkty zaś wywożone stanowią: złoto, olej palmowy, kawa, orzechy palmowe, kauczuk oraz drób, w jaki niektóre punkty (jak np. miejsce Yellow Coffee) zaopatrują Europejczyków na całym zachodnim brzegu afrykańskim. W ogóle interesy, jakie robią Anglicy w swych punktach w Zatoce Gwinejskiej (w Senegambii angielskiej, w Sierra Leone, na Złotym Brzegu, w Lagosie i Bonny) przewyższają sumę 100 milionów franków rocznie. A suma ta wkrótce się podwoi, gdy otwarte będzie dla handlu złotodajne królestwo aszantyjskie, zapowiadające zyski trudne do obliczenia.
Lecz czas nam udać się na brzeg. Nie wiedząc, jaka jest barra w Elminie, posłałem, skoro tylko skończyły się formalności portowe, listy me z Santa Cruz i bilet do p. Brun, konsula francuskiego, z zapytaniem, czy może mnie przyjąć dziś i czy barra jest spokojna.
Wkrótce przybyła odpowiedź, zapraszająca nader gościnnie na wieczór do konsulatu i dodająca, że barra jest w Elminie zawsze spokojna i mało ważna. Pojechałem więc na ląd. Za fortem San Jorge, wybudowanym na półwyspie występującym w morze w kierunku SE, a utworzonym z jednej strony przez morze, z drugiej zaś przez rzeczkę Beyah, widać most, który łączy miasto, leżące na przeciwległym brzegu Beyi, z fortem. Ujście rzeki od mostu do morza jest ocembrowane kamiennymi molami, w dobrym utrzymywanymi stanie. W to ujście prowadzi droga do miasta. Wpłynąłem więc w takowe, dalej pod most i wreszcie do schodów kamiennych za nimi się znajdujących, a stanowiących przystań miasta. Stała tu warta: czarny żołnierz z pułku Gold Coast Constabulary, w mundurze podobnym do tureckiego, który dano im naumyślnie, gdyż są to mahometanie z plemion Haussa z Sudanu. Anglicy rekrutują ich dla swych kolonii afrykańskich i otrzymują z nich dobrych żołnierzy.
Jeden z tych Haussów, wolny od służby, wskazał mi drogę do konsulatu francuskiego i wkrótce wstąpiłem w długą ulicę, obsadzoną dwoma rzędami cienistych drzew, ciągnących się równolegle z murowanymi domami obu stron. Ta właśnie ulica, skręcająca następnie na lewo, posiada główne gmachy Europejczyków, misję katolicką oo. Propagandy lyońskiej337, faktorie, hotele (czyli raczej gospody skromne) i bazary. Od czasu do czasu snuły się po niej zapylone grupy Haussów, przybywających z głębi, tu i ówdzie siedział marabut338 odmawiający swe sury339 z Koranu, tam znów z długimi kijami przeciągali jacyś posłowie z Aszanti. Pomiędzy ludem na widok ostatnich zapanowała jakaś agitacja — patrzano na nich, podchodzono ku nim i wskazywano ich palcami.
Za chwil kilka przybyłem przed dom konsula Brun. Kamienne boczne schody prowadziły z ulicy na piętro przez tylną werandę, na której przyjął mnie gospodarz. Po kilku chwilach wzajemnych grzeczności, które jednakże skróciła okoliczność, że pan Brun od lat wielu jest w Afryce, gdzie etykieta staje się bardzo prosta, mowa ściślejsza i więcej węzłowata, poznałem u niego trzech Francuzów, przybyłych także do Elminy, by udać się do Kumassi. Od nich dopiero dowiedziałem się, co się święci dokoła: projekt aszantyjski był nie do wykonania w tych chwilach. Król Mensa, niedawno jeszcze potężny władca w Aszanti, tułał się obecnie po kniejach, by uratować własne swe życie. Wczoraj jeszcze okrutny despota, ścinający dla uroczystości królewskich setki ofiar ludzkich, musiał się dziś obawiać o swą własną głowę.340
Tak toczą się koła losów ludzkich!..