Krwawa rewolucja, która właśnie wybuchła w całym królestwie, zmęczonym krwawymi rządami Mensy, strąciła go z tronu — wszędzie panowała rzeź jego stronników, żon i dzieci, komunikacja i handel były zerwane, krew lała się po całej ziemi aszantyjskiej, która zresztą od dawna nią przesiąkła. Przy takich okolicznościach naturalnie nie było można nawet myśleć o podróży do Kumassi i biedni trzej Francuzi byli tak samo zawiedzeni jak i my, więcej nawet, gdyż ich celem było wyłącznie Aszanti, podczas gdy ono dla nas było tylko ekskursją, po drodze projektowaną. Postanowiłem więc po zakupieniu świeżych zapasów żywności i wzięciu świeżej wody popłynąć po kilku dniach dalej do Fernando Poo, zbliżając się przez to do celu podróży — stron kameruńskich.
Przed wieczerzą miałem honor poznać królewską małżonkę oryginalnego mego gospodarza. Była to wysoka, majestatyczna postać, cery żółtej, jak cała królewska familia w Aszanti. Wyraz twarzy był (jakże dziwnie igrają czasem prawa przyrody) nader łagodny, powolny i przyjemny. Mówiła płynnie po holendersku, angielsku i nieco po francusku, była to przy tym osoba wychowana po europejsku, jednakże nieco za małomówna, prawie milcząca. Dzięki to niej p. Brun341 doznał w 1881 r. świetnego przyjęcia w Kumassi, na które zwołano wasalów króla Mensy z odległych nawet prowincji, by powitali jego europejskiego krewnego.
Wieczór upłynął bardzo przyjemnie na tarasie wewnętrznym domu. P. Brun opowiadał szczegóły ze swej drogi do Kumassi i pobytu u dworu króla Mensy, ja wywzajemniałem się streszczeniem naszego pobytu u króla Amatifu. Tak jedno zaś, jak drugie opowiadanie spowodowało pewną wymianę myśli i przypuszczeń, której wynikiem było, że jesteśmy obaj prawie pewni, iż stąd i z Assini prowadzi nowa, nieznana dotąd droga do Timbuktu, tym bardziej zajmująca, że przerzyna ona grzbiet kongski342. Na każdym kroku ląd afrykański nowe odkrywa problematy i nowe pola do pracy i poszukiwań.
Gdyśmy się rozeszli, było dość późno, postanowiłem więc przenocować na brzegu, w „hotelu”, w którym stali trzej poznani Francuzi. Gospoda ta leżała w niższej, nadbrzeżnej części miasta, zajętej przez liche domki krajowców. Przeszliśmy wszerz ulicy z drzewami i po schodkach zeszli do dolnego miasta. Przy świetle latarki, trzymanej przez Murzyna pana Bruna, mogłem rozróżnić chaotyczne zarysy glinianych lepianek, około których tu i ówdzie spał na ulicy jakiś zmęczony Fanti. Po kilku dalszych krokach stanęliśmy przed jednym z tych domków — był to ów „hotel”, mający służyć za nocleg. Suchy, wysoki Murzyn, podstarzały i patrzący spod oka, przywitał nas przy wejściu, a poinformowany przez p. Lanchier, jednego z Francuzów, że chcę przenocować, wskazał izdebkę, w której stało coś na kształt łóżka europejskiego. Wyraziłem mu swe zadowolenie i przy pomocy serdecznych mych nowych znajomych znad Sekwany urządziłem pokój i łóżko jako tako do spania. Jednego tylko nie mogliśmy dokonać, tj. zastąpić czym szczelnym nieoszklone okno, przez które tu w nocy, nie mówiąc już o moskitach i jaszczurkach, jako gościach zwykłych, mogą się zdarzyć różnego rodzaju nawiedzenia.
Następnego dnia złożyłem wizytę komendantowi Elminy. Komendantura znajduje się w zamku San Jorge, którego silną budowę mogłem teraz podziwiać. Żołnierze plemienia Haussa, zajmujący warty i posterunki, byli dzielnie wymusztrowani i czynili dobre wrażenie składnością ruchów. Apartamenty komendanta i oficerów, sala recepcyjna, jak i inne części zabudowań były w dobrym stanie, chociaż fort kilka wieków panował tu nad okolicą, widząc po kolei Portugalczyków, Holendrów i Anglików jako rządzących. Kapitan Dudley, obecny komendant, osobistość nadzwyczaj sympatyczna, przyjął mnie bardzo gościnnie, oprowadzając po wałach, skąd otwierały się malownicze widoki na okolicę, port i miasto. Oczekiwał on prawdopodobnych rozkazów wyruszenia z załogą w głąb kraju nad rzekę Prah343, by zapobiec zajściom, sięgającym dalej, niżby rząd jego mógł dozwolić.
Wreszcie po południu, po rewizycie z zamku na „Łucji-Małgorzacie”, zwiedziłem wraz z częścią towarzyszów miasto i okolicę. Wszędzie na ulicach rozstawione były małe bazary, na których znajdowały się świecidełka z Europy poślednich gatunków oraz złote wyroby z Aszanti i okolic, jako to: pierścienie, naszyjniki, szpilki do włosów, bransolety, sprzączki, wreszcie złoty piasek (czasem używany przez krajowych bogaczów do posypywania głowy) i pepity, wplatane przez magnatów w brodę. Ogólne zajęcie wzbudzają pierścienie krajowej roboty ze znakami zodiaku, nader artystycznie odrobione. Główny jednakże rynek na te pierścienie nie znajduje się w Elminie, lecz w miejscowości Accrah, słynnym zarówno z krajowców Accrah (Accrahmen Anglików), kształconych przez tamtejszą misję na zdolnych rzemieślników, głównie bednarzy, kucharzy i cieśli.
Ciekawym zabytkiem są stare ruiny pałacu króla Elminy, widocznie wystawionego mu kiedyś w odległych czasach przez Portugalczyków, gdyż struktura murów pozostałych zdradza sposób budowania portugalski. Na wpół zwalone kolumny pokryła roślinność, która też prądem południa wdarła się do wnętrza. Gmach ten był kiedyś otoczony rozległym placem, dziś sprzedano różne części takowego i w sąsiedztwie owych ruin, wspaniałych nawet w swych szczątkach, powstały nędzne chatki „kolorowych dżentelmenów” dni dzisiejszych.
Niedaleko od ruin, na końcu miasta, zauważyliśmy osadę Haussów. Słońce zachodziło, a jego ostatnie promienie padały na jej brunatnych mieszkańców, którzy siedzieli tu i ówdzie na małych dywanikach, odmawiając wieczorne modlitwy. Lecz wieczór szybko zapadający zmusił nas do powrotu do miasta i znów spędziliśmy wieczór u konsula Brun. Jedno jeszcze zanotować muszę spostrzeżenie, a mianowicie, że cywilizowana czarna ludność Elminy, która uważa się za Holendrów, nie jest zadowolona z rządów Anglików, choć prawdopodobnie jedynie dlatego, że Holandia, będąc przez 200 przeszło lat władczynią Elminy, przyzwyczaiła ich do swych rządów, sposobów życia i języka. Większa też część ludności mówi po holendersku i dlatego czuje po holendersku; swoją drogą jednakże nie ma prawie nikogo tu, kto by (oprócz części Fantów) nie posiadał również języka angielskiego.
Wielką niedogodnością Elminy dla okrętów żaglowych jest brak wody. Trzeba ją kupować u pewnej „kolorowej lady”, która założyła wielkie murowane cysterny i robi na nich bardzo dobre interesy; cysterny te jednakże są dość daleko od przystani, trzeba więc beczki transportować do nich, a następnie napełnione przetaczać znów nazad przez całe miasto.
Zajęło to dwa dni prawie naszej załodze.