— Nie daje się, senor! — zawołali, patrząc zadyszani na mnie.
Roześmieliśmy się wszyscy na te słowa biednych stróżów publicznego porządku miasta Santa Isabel, dodając, by posłali po rezerwę. Zmieszani, wrócili na nowo na miejsce zgiełku, z widocznym postanowieniem wziąć się odważnie do swego zadania. Widząc jednakże, że takowy tylko się wzmaga, a olbrzymi majtek gotów rzeczywiście posunąć się za daleko, poszedłem sam za nimi. Ujrzałem kilkunastu Krumanów, widocznie tylko co powstałych od palącego się na ulicy ogniska, naokoło którego byli ucztowali przy hałaśliwych swych bębnach i śpiewach, a w pośrodku nich stał herkulesowy nasz botsman, będący już pod dobrą datą378. Wybił on dwie szyby w domu Krumanów — oto powód ogólnego wzburzenia umysłów. Policjanci starali się go schwycić, lecz powitani niełagodnym uściskiem dłoni broniącego się, odskoczyli na powrót, podczas gdy Guedan rozwodził donośnym głosem: „Nom de nom, par exemple!... ah ça! vous me prendre!... moi?... ha, ha, ha! nom d’un!”379. Tu posypały się wykrzykniki przyjaźni, nieco za otwartej dla uszu słuchających. Aby nadać słowom swym więcej siły przekonawczej, schwycił jednego z gapiących się Murzynów i rzucił go o ziemię. Powstała nowa wrzawa, lecz tu nadszedłem sam, a rozogniony majtek, spostrzegłszy to, poskromił swe popędy: „Allons, allons, Guedan... qu’est-ce que vous faites la... allez a bord!”380. Uspokoiłem go. „Y’a pas d’danger M’sieur, sommes un peu amusés”381 — i potaczając się ruszył ku przystani, przerywając swój odwrót od czasu do czasu monologiem lub przelotnymi wykrzyknikami, stosującymi się do pozostałej czarnej gromady, która otrzymawszy zapłatę za zbite szyby i butelkę dżynu, rozeszła się uspokojona.
Następnego dnia szykowano jedną z naszych szalup, „Warszawiankę”, do podróży niezwykłej jak na małą szalupę. Postanowiłem albowiem wyruszyć na rekognoskowanie382 przeciwległego lądu Gór Kameruńskich, by obrać miejsce na zbudowanie stacji i potem z okrętem wyruszyć do obranego już miejsca. K. Tomczek należał naturalnie do tego. Mieliśmy 24 mile do przebycia na otwartym morzu w czterowiosłowej szalupie i rozpoczęto przygotowania niezwłocznie, by wyruszyć następnego dnia o świcie.
Dziś, po dwóch blisko latach, kreśląc te słowa, mimo woli zadumać się muszę nad tym. Było to szaleństwem, do którego rwała się żądza jak najprędszego dotarcia do celu; lecz ileż takich szaleństw popełnia człowiek w życiu, unoszony niepohamowaną siłą, goniąc za urzeczywistnieniem wymarzonej swej myśli! Nad nimi, zdaje się, osobna czuwa Opatrzność.
Rozdział XXV
Wyruszamy na rekonesans. — Do przylądka Horatio. — „Warszawianka” na otwartym oceanie. — Zbliżamy się do brzegu. — Zatoka Ambas. — Osada Victoria. — Kąpiel. — W porcie. — Ranne poszukiwania. — Osada w świetle rzeczywistym. — Misjonarz Thomson. — Wyspa Mondoleh. — Układ z Akemą. — Miejsce dla stacji znalezione.
Następnego dnia, 22 kwietnia, wcześnie rano, zanim słońce podniosło swe złote oblicze ponad zatoką Santa Isabel, zaczęto ładować potrzebne przybory i prowiant na „Warszawiankę”, przygotowując ją do projektowanej żeglugi. Załoga jej: dwóch białych majtków i czterech Krumanów, zajęła swe miejsca i razem z K. Tomczekiem odbiliśmy od bortu „Łucji-Małgorzaty”, udając się na pierwszy rekonesans przyszłych działań.
Silny tornado zerwał się był w nocy ponad górami Fernando Poo i ślady ulewnego deszczu, który mu towarzyszył, błyszczały jeszcze na zielonych brzegach, gdy Phoebus383 Apollo zbudził je wreszcie z nocnego snu i oświecił jasnymi promieniami nowego poranku. Lekki, świeży wiatr morski dozwolił rozpiąć żagiel szybkiej łodzi i rozwiewał chmury otaczające sine szczyty gór, odsłaniając kształtną ich koronę — Clarence Pik384. Żwawo dążyliśmy wzdłuż brzegu wyspy do przylądka Horatio385, by stamtąd przeciąć kanał morski dzielący Fernando Poo od lądu o ile możności w najkrótszej linii. Około owego przylądka leży niewielka, lecz piękna wysepka, porosła świeżą, jasną zielenią, a że jak twierdzą Rzymianie, in corpore sano mens sana386, więc przed puszczeniem się z drobną „Warszawianką” na otwarty ocean zatrzymaliśmy się na chwilę w tym miejscu dla śniadania i zgotowania ryżu dla Krumanów, nie zapominając o majtkach. Wysepka przepełniona jest ptactwem; głównie białe rybitwy i miejscowe popielate i czerwone papugi obrały sobie na niej ulubioną siedzibę, zwabiając od czasu do czasu ku niej hiszpańskich oficerów z Fernando Poo. Lecz droga była długa i nie można było zapuszczać się w las, pozostawiając Krumanów wrodzonemu ich instynktowi lenistwa. Dawszy więc kilka strzałów na brzegu wysepki, które strąciły z drzew kilku leśnych mieszkańców, i zauważywszy, że dzienna porcja ryżu Krumanów ugotowana, rozpięto żagiel na nowo i bystro posunęła się „Warszawianka” naprzód, pozostawiając wyspę i wysepkę za sobą w coraz to większej odległości i bledszym świetle.
Słońce tymczasem się podniosło, wiatr morski ustał i nieruchomo roztoczyły się naokoło uśpione wody oceanu. Załoga chwyciła za wiosła, spuściliśmy maszt i otworzywszy kompas, wziąłem kurs ku zatoce Ambas, której zarysy jeszcze nie ukazywały się na horyzoncie. Gorąco było niezmierne, słońce stało blisko południka i paliło nasze twarze, jak gdyby nie dzieliły je od samotnych żeglarzy całe światy i przestrzenie. Wkrótce straciliśmy wszelkie brzegi z oka, gdyż w południe ciężka, gęsta atmosfera otacza prawie zawsze wyższe ich punkty gęstymi chmurami; płynęliśmy więc podług kompasu, zmieniając się wzajemnie co dwie godziny. Każdy z nas był głęboko zamyślony. Dnia tego mieliśmy ujrzeć miejsce, o którym przedumaliśmy wiele chwil w Europie, o którym niejako przywykliśmy razem myśleć jako o miejscu przyszłej długoletniej pracy, dalekich planów i późnych nadziei, a owa zasłona, którą Opatrzność przezornie i dobroczynnie zawiesiła przed oczami śmiertelnika, nie dozwalając mu zajrzeć w przyszłość, odbijała tylko jasne promienie pogodnego poranku.
Rzadko kto z mych ziomków tak się kołysał na wolnej łodzi poza obrębem brzegów, wśród południowej fali i pod pogodnym niebem. Dziwna to rozkosz! Nie czujemy żalów i trosk ani bezdennej głębi pod sobą; przebijamy jedynie wzrokiem firmament i rozsyłamy myśli w dalekie strony — poza horyzont, nad chmury, w otchłań wodną i ku owej chwili odległej, w której pierwszy żagiel zbudził oceany ze snu. Minęło południe. Z wolna, niby jasne sine chmury, zarysowały się na wschodzie wysokie górne skłony. Bystre oko Tomczeka pierwsze je spostrzegło: „Patrz! Góry Kameruńskie się odsłaniają” — zawołał nagle i podnosząc się na siedzeniach, powitaliśmy wspaniałą krainę Mongo-ma-Loby, „Boskiej góry” krajowców.