Znów zawiał lekki wiatr morski i zmęczeni wioślarze mogli spocząć nareszcie, powierzając na nowo losy „Warszawianki” żaglowi. Prąd jednakże, dążący w tym miejscu bystro ku południowi, przedłużał naszą drogę i słońce już zachodziło, gdyśmy się zbliżali do zatoki Ambas, pomiędzy wyspami Mondoleh i Ndameh. Pamiętny wieczorze! Dokąd uleciały twe godziny? Pasmo gór wznosiło się wspaniale przed nami, ukazując zieloną scenerię dziwnej piękności. Nie był to krajobraz afrykański — to jakby część Szwajcarii, przeniesiona na równikowe brzegi Atlantyku.

Zatoka Ambas, która rozciąga się u stóp południowego skłonu Gór Kameruńskich, przedstawia mniej więcej kąt prosty, którego strony dążą w kierunkach południka i równoleżnika. Długi wąski łańcuch pagórków, dzielący ją od innej zatoki i od kraju Bimbia, tworzy wschodni jej brzeg i zasłania ją przed tornadami, podczas gdy podnóże Mongo-ma-Loby i jego tarasy południowe przedstawia północne jej tło. Zatoka byłaby zbyt otwarta ku stronie południa i ku zachodowi, gdyby nie wystający na zachodzie przylądek Limboh i wyspy Mondoleh i Ndameh (czyli Ambas), które tworzą niejako zasłony w kierunku oceanu.

Słońce tymczasem zaszło i — jak zwykle w stronach równikowych — noc nastąpiła niezwłocznie; coraz ciemniej rysowało się wszystko dokoła, a jednak silny odpływowy prąd dozwalał nam tylko nader powoli posuwać się naprzód. „Oryginalne przybycie!” — zauważył Tomczek i miał rację. Nigdy nie byliśmy tu przedtem, a przybywaliśmy do nieznanego miejsca w nocy i bez przewodnika, choć łatwo można się było spodziewać lekkiej barry, która też wkrótce miała sprawić nam kąpiel. Lecz ufaliśmy w swą znajomość mapy i sterowali podług niej. Mimo ciemności zauważyliśmy też wreszcie zarysy domków. Płynęliśmy więc dobrze, wpływaliśmy do wewnętrznego kąta zatoki, gdzie od dwudziestu kilku lat angielscy misjonarze utworzyli osadę pod ich zarządem prywatnym, osadę zwaną Victoria. Wkrótce też (było około dziewiątej wieczorem) „Warszawianka” stanęła w brzegowym piasku. Lecz zanim zdołaliśmy wyskoczyć, nadszedł grzebień burunów, wkrótce drugi i trzeci i razem z rzeczami zostaliśmy skąpani w wodzie. Trzeba więc było łowić nasze rekwizyty podróżne i wyciągnąć szalupę na ląd, co zajęło niespełna godzinę, a podczas tego czasu zostaliśmy otoczeni liczną gawiedzią czarnego koloru. Nie byli to jednakże nadzy krajowcy, lecz utworzone przez misjonarzy „czarne obywatelstwo” Victorii, przystrojone w surduty czarne i krawaty, z przyczyny niedzieli.

Okoliczność, żeśmy przy niedzieli odbyli tę podróż, wydawała im się — stosownie do mdłej pobożności angielskiej niedzieli — niezmiernie shocking. W ten dzień albowiem nie wolno podług pojęć angielskich misjonarzy, ani wyjeżdżać, ani urządzać zabawy, po wodę posyłać, lub gotować nawet — gdyby ci szanowni misjonarze nie posiadali sami żołądków, nie byłoby tu zapewne nawet wolno jeść i pić podczas niedzieli. Nieopodal miejsca, gdzieśmy wyciągnęli szalupę, zauważyliśmy większy budynek, pokryty cynkiem i wybielony. Domyślałem się, że to hamburska faktoria, która, jak wiedzieliśmy w Europie, tu się znajduje — i przemoczeni do szczętu, podążyliśmy ku niej, pytając, czy nie mogą mi wynająć pokoju na 24 godziny.

Stary czarny jegomość, wyglądający bardzo sympatycznie i poważnie z długą siwą swą brodą, p. Brew (w następnych latach dobry nasz przyjaciel), poprosił bardzo grzecznie, byśmy sprowadzili nasz bagaż, oświadczając, że jest zarządzającym faktorią, a oprócz tego sędzią osady Victoria. Dodał przy tym, że konsul angielski p. Hewett, który niedawno tu był, zapowiedział im nasze przybycie, oświadczając, by nam okazywano wszelką możliwą pomoc, że więc „wszystko znajduje się do naszej dyspozycji”. Poprosiłem jednakże tylko o naparzenie mi herbaty i podczas gdy przygotowywano rozgrzewający napój, przebraliśmy się pospiesznie z Tomczekiem. Gawiedź oblegała faktorię tłumnie, przypatrując się ciekawie dalekim przybyszom, gdyż od miesięcy mówiono tu już o przybyciu ekspedycji, tak że po wydzieleniu ludziom naszym wieczornej porcji i podwójnej czarki rumu, pozostaliśmy sami w naszym właśnie otrzymanym pokoju i siadłszy zmęczeni na łóżkach, zajęliśmy się w krótkich słowach notatkami dziwnej naszej żeglugi. Czuliśmy razem, żeśmy w porcie długoletnich oczekiwań i przejęci myślami o dniu jutrzejszym, zasnęliśmy wreszcie twardym snem.

Gdym następnego dnia wcześnie rano się obudził, zauważyłem, że Tomczek już wyszedł; ubrałem się więc także pospiesznie i wyjrzałem na świat. Piękny słoneczny dzień, jak wczorajszy, panował również i dziś. Od brzegu zatoki wznosił się wspaniały taras gór, podczas gdy na wodach przeciągały tu i ówdzie pirogi krajowych rybaków, a w pośrodku czarującej zatoki wznosiła się wyspa Mondoleh, niby wieniec kwiecisty rzucony na jasne jej fale. Udałem się na prawo od faktorii, by zwiedzić osadę. Niestety, sama Victoria nie wzbudzała bynajmniej uczucia przyciągającego. Położenie jej w najduszniejszym kącie zatoki zamiast miejsca na skłonach — jest najniefortunniej obrane. Leży ona nisko, w niezdrowym sąsiedztwie dwóch drobnych krików, które z lewej jej strony wpadają, wśród kępki mangrowiowej i bagnistej, do morza. Kępka ta jest jedynym miejscem w całej zatoce Ambas, które posiada bagniste te rośliny, i wybudowanie osady w tej właśnie stronie było oryginalnym, lecz smutnym w swych skutkach pomysłem. Przybywającemu zdaje się, jak gdyby naumyślnie wybrano w tej wspaniałej zatoce najgorszy punkt, by w nim założyć osadę.

Rzędy nieszczególnych domków, wśród których chwast do kolan oraz śmiecie pokrywają tzw. ulice, kilka miejsc błotnistych, wreszcie meeting-house murowany (kościół baptystów) i takiż dom mieszkalny misjonarzy — oto cała osada Victoria. Jedyny w niej punkt uwagi godny to rzeczka, która poza nią spływa bystro z gór ku zatoce. Nazywają ją Victoria Brook.

Założenie Victorii miało miejsce 9 sierpnia 1858 r. W owym roku misjonarze baptyści zostali wypędzeni z Fernando Poo. Pod dowództwem więc jednego z nich, Alfreda Sakera, kupili teren w zatoce Ambas od bimbijskiego króla Williama i założyli w nim osadę pod nazwą Victoria. Teren ten ciągnie się od zatoki Man-of-War do połowy odległości, mniej więcej między ujściem rzeczki Victoria Brook a skałami Bobja, których fantastyczne kontury, niby szkielet olbrzymiego starego statku, rysują się na zachodzie od Victorii. Podczas życia Sakera w osadzie panował pewien ruch. Saker był swego rodzaju niezwykłym człowiekiem: sam kształcił tu cieśli, ceglarzy i innych robotników, a nawet drukarzy, przy pomocy których, sprowadziwszy prasę drukarską, zaczął tłumaczyć Pismo Święte dla krajowców na język bakwiri. Lecz obecnie Victoria przedstawia smutny i duszny widok, czyniący przygnębiające wrażenie na widzu; tu pokryła również ręka ludzka świetne dary przyrody jedynie brudami śmietnika.

Następcy Sakera, misjonarze przysłani po nim z Anglii od towarzystwa baptystów, przybywali obojętni, mało zajmowali się osadą mimo wszelkich „listów z Afryki” i „raportów”, które umieszcza „Mission Herold” (sprawozdanie baptystów) w Londynie, a podług którego rzeczywiście mieszkaniec Europy sądzić by mógł, iż tu Bóg wie co uczyniono. Jest to ogólna wada i wina misjonarzy angielskich na tych brzegach. W rzeczy samej nie przynoszą oni żadnego pożytku, przeciwnie, są często plagą tych brzegów, jak już widzieliśmy wyżej. Tu w Victorii rzadko który krajowiec, choć tytułuje się „a Victoria gentleman”, umie rzeczywiście płynnie czytać i pisać, język zaś panujący jest też tylko owym budującym nigro-angielskim żargonem. Głównej rzeczy: pracy, rzemiosła, które dałoby chleb osadzie, nie uczy przysłany misjonarz wcale, bo jej sam nie zna i nie lubi (oprócz założyciela Sakera, który był chwalebnym wyjątkiem); toteż w skleconych domkach i na wysoko chwastem zarośniętych uliczkach Victorii nie zauważa się wiele ruchu; wszędzie panują zastój i brudy — jest to obraz martwy, nie tylko, że nie przyciągający, lecz odpychający każdego. Natomiast udana pobożność, czyli, rzekłbym, nałogowa ckliwość, silnie zaprawiona hipokryzją, rozrosła się tu bujnie i zamiast piły lub topora słychać tu wiecznie tylko piski z monotonnego hymn booku387, który zresztą łatwiej uprawiać.

Patrząc na to, żałowałem, że ta cała Victoria w ogóle istnieje, psując harmonię świeżego krajobrazu i zdrowia reszty wspaniałej zatoki oraz działając niekorzystnie, przygnębiająco, na umysł i energię przybysza. Jest ona tu po prostu anachronizmem. Tu mogłaby i powinna istnieć piękna kolonia, ale dla tego trzeba by zburzyć, co istnieje, i zacząć z początku.