Nad rzeczką spotkałem Tomczeka, opartego o swój kij i spoglądającego zadumanym okiem na jej czyste wody. Wyczytałem z jego twarzy, że jednakowe zajmują nas myśli.
— Cóż ty na to? — zapytałem.
— A ty? — odparł niespokojnie.
— Brr! — otrząsłem się mimo woli. — Co za gniazdo w naszej wymarzonej zatoce! Miejsca dla naszej stacji poszukać musimy jak najdalej od tej Victorii.
Przyjaciel mój odetchnął, jak gdyby mu spadł ciężar z piersi.
— Bogu dzięki — zawołał — a to przecie na sam widok jej duszno człowiekowi.
I postąpiliśmy ku faktorii, by po szklance herbaty zwiedzić okolicę i upatrzyć spokojne jakie nienadpsute jeszcze miejsce dla przyszłej stacji, która stosownie do planu miała stanąć w zatoce Ambas.
Przed tą wycieczką jednakże postanowiliśmy złożyć wizytę głowie misyjnej tej osady, panu Q. Thomsonowi. Posłałem mu więc swój bilet z zapytaniem, czy przyjmuje tak rano. Wkrótce nadeszła bardzo uprzejma odpowiedź zapraszająca nas na „lunch” i przy nim zawarliśmy znajomość z misjonarzem. Mieszkał, jak na Afrykę, wykwintnie, wraz z żoną i dwoma pannami, misjonarkami: panną Comber, siostrą znanego podróżnika388, i inną, młodszą. Gdy usłyszał, że zamierzamy szukać miejsca dla budowy stałej stacji w zatoce, ofiarował się za przewodnika. Ruszyliśmy więc z nim na okoliczne pagórki, leżące za rzeką. Lecz choć widoczne było, że p. Thomson pragnął, byśmy wybrali miejsce w pobliżu jego misji, nie czułem do tego jednakże, jak już wiemy, najmniejszej chęci po rannym poznaniu Victorii. Na okręcie już zresztą, sądząc podług mapy, myśleliśmy z Tomczekiem o jednej z wysp leżących w zatoce, a mianowicie o większej z nich, Mondori, czyli Mondoleh. Zgodziliśmy się też równocześnie na to, że będzie ona najdogodniejszym punktem dla utworzenia naszej stacji, mającej być bazą operacyjną, czyli główną kwaterą podczas przyszłych eksploracji przyległych nieznanych krain.
Już dawniejsi podróżnicy, Burton i inni, podnosili jej korzystne warunki sanitarne, jej żyzność i piękność. Odległość jej od lądu wynosiła zaledwie pół mili morskiej, a północne jej wybrzeża, leżące naprzeciw wspaniałego tarasu gór, przedstawiały spokojną przystań, podczas gdy izolowane jej położenie nadawało jej charakter spokojnego miejsca do pracy. Tu mogliśmy być wolni i swobodni. Przedstawiłem p. Thomsonowi te zapatrywania i pożegnaliśmy się z grzecznym gospodarzem, powracając do faktorii, skąd wkrótce, zabrawszy z niej tłumacza, popłynęliśmy na „Warszawiance” ku wyspie Mondoleh.
Jest to górzysta formacja, o którą ze wszech stron biją morskie buruny, oprócz dwóch punktów: na południo-wschodniej i północnej jej stronie. Wysokość jej dochodzi do przeszło 200 stóp, a na niej leży płaska, rozległa wyżyna z osadą krajowców, liczącą mniej więcej 60 dusz. Północny skłon wyspy, posiadający najlepszą przystań (przyszłą przystań stacji), spada dość stromo ku morzu, ukazując taras bujnej gęstej roślinności, tu i ówdzie malowniczo udekorowanej pierzastymi koronami palm. Ku południowym zaś brzegom pochyla się teren łagodniej i dlatego krajowcy tędy obrali swą drogę na wyżynę do osady, lecz przystań tu skalista i mniej bezpieczna od północnej. Poszliśmy na górę do osady, przeszedłszy wyspę wzdłuż. Wszędzie pokrywający ją las (oprócz górnej wyżyny) utrzymywał skalistą drogę, wiodącą wśród urwisk w półzmroku, dopóki nie doszliśmy do wioski. Zapytałem się o kacyka389 — niestety nie było go na wyspie; pojechał na połów ryb, lecz miał wkrótce powrócić. Zaczekaliśmy więc. Żona kacyka przyniosła nam kokosów, których orzeźwiające mleko jest zawsze pożądanym napojem dla podróżnika. Minęła jedna godzina, wkrótce druga, Akemy jednakże (takie było imię kacyka) nie było. Wróciliśmy więc do łodzi i już mieliśmy odbijać od wyspy, gdy wskazano powracającego Akemę. Pod rozłożystym więc drzewem południowej przystani przywitaliśmy się z nim. Następnie rzekłem, że pragniemy osiedlić się na jego wyspie. Oczy Murzyna zabłysnęły radośnie: