— O, Massa! — jęknął najstarszy z czarnych. — Woda była silna, canoe397 zalała. Potem ono tonęło, biali ludzie długo pływali, a silna woda ich odpychała od brzegu; potem jeden znikł, utonął, a reszta dostała się do brzegu. Są tam jeszcze i posłali nas tu, byśmy o tym powiedzieli, bo nie wiedzą, jak wrócić.

— Kto utonął? — zapytał się Tomczek.

— Ten biały, co to był chory na febrę, z brodą — odparli.

Domyśliliśmy się, że to dr Retzer, który rzeczywiście był bardzo osłabiony przez liczne febry.

Nie czekając, siedliśmy do naszej szalupy, biorąc z sobą dwóch Krumanów, by wskazali nam miejsce, gdzie schronili się rozbitki — i mimo ulewnego deszczu, który niebawem spadł, popłynęliśmy.

Między przylądkiem Bimbia a zatoką Ambas wcina się w ląd wąska, długa zatoka, zwana zwykle przez Anglików: Man-of-War Bay (zatoka wojennego okrętu). W połowie drogi do owej Man-of-War Bay, u stóp stromej skalistej ściany, wśród rozciosanych skał, dostrzegliśmy wreszcie ocalonych.

Skierowałem łódź ku nim, lecz buruny biły tu tak silnie, że dwa razy rzuciły nas w przeciwległą stronę, grożąc i nam rozbiciem, podczas trzeciej próby zaś nadchodzące grzebienie barry zalewać zaczęły „Warszawiankę”. Zawołałem więc, że popłynę szybko do Victorii po wielki surfbot p. Thomsona. Szum bałwanów jednakże i szelest ulewy zagłuszały głosy nasze, musiałem więc zmusić Krumana, by wskoczył do morza i popłynął do rozbitków z wiadomością, co się też szczęśliwie udało. Ruszyliśmy zaraz dalej do zatoki Ambas, gdzieśmy wkrótce przybyli.

W Victorii dano nam niezwłocznie łódź ratunkową, zaopatrzoną w latarnię i buj398, gdyż dzień chylił się już ku końcowi. Łódź poszła pod dowództwem pilota, lecz długie godziny minęły w niepewnym oczekiwaniu, nim powróciła. Nareszcie około jedenastej w nocy usłyszeliśmy głosy powracających. Dra Retzera jednakże nie było już między nimi — spoczywał w tej chwili na koralowych rafach tropikalnego oceanu.

Rozdział XXVII

Rozbicie się „Łucji-Małgorzaty”