Po ciężkim dniu nastąpiła bezsenna noc. Ulewa i zajścia wczorajszego dnia nową wywołały febrę, która też od północy mnie nawiedziła. Czułem się przez cały następny dzień chory, a że Tomczeka i Janikowskiego zdrowie nie było również w najlepszym stanie przez dwutygodniowy pobyt na wyspie Mondoleh pod namiotem, wśród bujnego jeszcze, niewyciętego wtedy gąszczu, postanowiłem więc nająć jeden z domów Victorii do chwili wykończenia naszej stacji na wyspie.

Na brzegu zatoki, nieopodal faktorii, posiadała misja baptystów niewielki biały domek, w którym mieszkał niegdyś misjonarz i podróżnik Comber, a następnie siostra jego. Nazywano go tu powszechnie Miss Comber’s Cottage. Był to domek schludny, czysty, o trzech pokojach i niewielkim magazynie. Przy nim stała kuchnia z pokoikiem dla służby, a całość była otoczona małym ogródkiem, wprawdzie bardzo zapuszczonym, lecz mającym zawsze pewną wartość przy każdym domostwie. Wynająłem więc to miejsce od p. Thomsona i wprowadziliśmy się zaraz tego samego dnia do tymczasowego mieszkania.

Okno mego pokoju wychodziło na morze, z daleka rysowały się zielone wyspy Ndameh i Mondoleh, a na tej ostatniej wznosiły się już ściany naszego domu. Jeszcze dalej, niby kształtną siną chmurę, wynurzającą się z morza na horyzoncie, spostrzec mogłem niekiedy piękną sylwetkę gór Fernando Poo.

Po południu przybyła „Łucja-Małgorzata” do zatoki, płynąc z Rzeki Kameruńskiej i Bimbii, a choć już w obcej była służbie, ucieszył jej widok szczerze mych podróżników. Stanęła na kotwicy tuż przed mym oknem — niestety po raz ostatni.

Febra moja trwała ciągle i przez cały dzień następny, tj. 19 maja, utrzymywała mnie na polowym mym łóżku. Pogoda była zmienna, deszcze i wichry na przemian z jasnym niebem panowały ustawicznie, gdyż z marcem pora sucha się skończyła, ustępując miejsca porze tornadów.

Nadszedł wieczór. Gawędziłem długo z siedzącym przy mnie Tomczekiem, rozpatrując z nim przyszłe plany. Następnie i on się położył, febra moja się wzmogła i nastąpiła noc na dwudziestego maja, noc straszna, która niezatartymi głoskami w duszy się wyryła.

Leżałem w lekkiej gorączce, wsłuchując się w szum fal morskich, bijących nieopodal domku naszego o brzegowe skały. Od czasu do czasu oświetlała błyskawica w ciemności pogrążony pokój i morze — wtedy ujrzałem przed sobą na chwilę kołyszącą się w pewnej odległości sylwetkę „Łucji”.

Naraz błyskawice częściej świecić poczęły — morze głośniej zaszumiało, zerwał się wicher, krążąc w wirowym swym biegu naokoło dachu domu, zagłuszył wszystko inne. Ustał wreszcie na chwilę. Wtem zerwałem się z posłania. Co to było! Czym słyszał dobrze? Przed gankiem, nad brzegiem zebrał się jakiś tłum ludzi. Słyszałem wołania i głosy: „She is lost! She is lost! The anchor left!399

Pot kroplisty wystąpił na rozpalone me czoło. Kto zgubiony? Tu jest tylko jedna „she400 — „Łucja”! I szarpany strasznym przeczuciem, które czasem w mgnieniu oka się rodzi, wybiegłem na brzeg morski. Stało tu kilkudziesięciu wiktoryjczyków — spojrzeli wszyscy naraz na mnie. Wtem nowa błyskawica oświetliła horyzont i ujrzałem „Łucję”, pochyloną na jeden bort, wśród skał.

Dziki, szalony ból opanował mną na ten widok! Sądziłem, że to mara, sen gorączkowy lub żem obłąkany, lecz nowe błyskawice przeszyły horyzont. Tak, „Łucja” konała, a jaskrawe pioruny, rozdzierające firmament, szarpały mą duszę w bezdennych otchłaniach rozpaczy i bólu. Podobny do dzikiego zwierzęcia, złorzeczyłem niebu i piekłu.