— Pisze, że przyjeżdża...
— Dawaj doktór! Będę krzyczał, będę wniebogłosy... krzyczał!
Ewa, jak łachman na ciele żebraka od wichru, jak źdźbło na polu, trzęsła się bez sił.
— A żeby to wszystkie cholery azjatyckie! Leż pan spokojnie! Łokcie na kołdrze! Już przyjechała. Leżysz pan spokojnie? Łokcie...
— Gdzie jest?
— No, jest. Będziesz pan leżał bez ruchu?
— Będę leżał.
— Bez ruchu?
— Bez ruchu.
Doktor uchylił drzwi. Ewa weszła cicho jak powiew wiatru, minęła pokój niesiona siłą nieznaną. Przyklękła obok łóżka jakby na rozkaz. Rozpalona ręka spoczęła w jej włosach. Oczy toną we łzach i nic nie widzą. W jego oczach szerokich, ognistych — szczęście bez granic. Głos suchy, trudny, oddech chwytany.