— Ewuś... Ewo... — szepce — przepraszam... bardzo, nad życie... Miałem pojedynek z tym... draniem... Szczerbicem...
— Mówić tyle! Żeby to!... Morowe powietrze... z tymi pannami! — jęczy lekarz.
— Bo ktoś wykradł twoje listy z mojego kuferka... Plotki w tym domu... Rozumiesz?
— Nie mów, nie mów!
— Już tylko... słowo... Odezwał się z kpinami w salonie. Trzasnąłem w pysk. Pojedynek. I tak mię... przeszył.
— To nic, to nic! Wszystko będzie dobrze... — zwiastuje mu z błogosławioną słodyczą.
— Nie będzie... dobrze...
— Będzie, na pewno!
— Umrę już... Ewuniu...
— To nic, to nic... — szept coraz cichszy. — Umrzemy sobie, dziecineczko, razem... Razem oboje... Alboż to źle? Mój rycerz — sokół! Mój obrońca! Tu... przestrzelili... Tylko cicho, tylko nie mów. Przecie to wszystko jedno. Ja stąd już nie odejdę. Ani na krok! Ja tu już będę...