Szczerbic stał w głębi trzeciej sali. Nie było tam nikogo. Widok jego miłej postaci, łagodny uśmiech i dobrotliwe spojrzenie uciszyły wzburzenie. Podała mu rękę z radością, jak obrońcy od wszelkiego złego.
Szepnął zaraz:
— Jedziemy?
— O panie!
— Jedziemy?
— No... tak!
Tyle nocy nie spała, tyle godzin walczyła ze sobą i wszystkim, żeby wreszcie powiedzieć to słowo. Oto je wyrzekła. Oczy zaszły szybkimi łzami, którym, jak żebrakom, ukazywać się nie wolno.
— Czy pan mię nie opuści?
— Nie! — wyrzekł głosem szczególnym, któremu nie mogła nie wierzyć.
— Czy pan mię nie zgubi?