Mówiąc to wydobył jednym zamachem z bocznej kieszeni surduta gruby pęk białych biletów bankowych po tysiąc franków. Kilka z nich, pięć czy sześć, jakby w roztargnieniu, wsunął w rękę Ewy.
— Panie! Co pan... ze mnie... robi! Co pan ze mnie!...
— Odda mi pani! — rzekł odtrącając jej ręce. — On mi odda, ten Niepołomski!
— A jeśli on się nie znajdzie? — pytała z naiwną bezczelnością — to z czegóż ja panu oddam te pieniądze? Ja nic nie mam, nic a nic. Jestem kasjerką z cukierni — więc jakże ja mogę... Panie!
Szczerbic łagodnie ujął dłonie i wskazał jej stoły gry.
— Niech no pani spojrzy — śmiał się z dobrocią — niech się pani przypatrzy, jak się zapracowuje pieniądze. Ja te również zapracowałem, te moje pieniądze. Mogę zaraz podejść i za dziesięć minut mieć w kieszeni całego majątku dwadzieścia centimów...
— Ach, to wszystko. Mój mocny Boże!
— Cicho — cicho... Nie trzeba o Bogu mówić.
— Pan nie wie, co się dzieje ze mną...
— Mógłbym powiedzieć to samo: pani nie wie, co się dzieje ze mną. Mówi w jednym miejscu Schiller: