— Dosyć... — zdecydował Jaśniach.
Wyszedł z tłumu, ścigany szyderskim spojrzeniem croupiera i szeptem, sykiem, zabójczym śmiechem nienawiści całego tłumu.
— Pięćdziesiąt dwa, pięćdziesiąt trzy... — mówił do Ewy, idąc powoli, ociężale ku wyjściu: — Cóż to znaczy w stosunku do tego, co by trzeba...
— Lepiej może było mieć to, co przed godziną?
— Nie, lepiej jest mieć to, co teraz. Ale to mało.
— Zarobić w ciągu kwadransa pięćdziesiąt kilka tysięcy franków — to mało!
— Pan Rockefeller, pan baron Rotszyld w ciągu każdej godziny...
— Ach, co to mnie obchodzi! Chodźmy już stąd!
— Chodźmy, chodźmy...
Ewa ani się spostrzegła, kiedy się znalazła w przedziale wagonu zdążającego do Nicei. Jaśniach siedział naprzeciw niej. Był spokojny. Milczał uparcie. Głowa jego chwiała się i drgała, zależnie od skoków pociągu. W pewnej chwili nachylił się i zapytał: