— Byłem.
— W kościele katolickim?
— W katolickim... Widzę, że to wszystko panią nad miarę interesuje...
— Nie. Już dosyć. No — więc co? Co mi pan chciał powiedzieć? Niech pan teraz mówi!
— Ja istotnie chciałem powiedzieć... Chciałem to pani już dawno powiedzieć, że ja... to jest, że gdybym mógł pani powiedzieć... Ale gdzież to! Takich oczu, jak pani, jeszcze żadna kobieta na ziemi, jak świat światem, nie miała i nie będzie miała! Przysięgam! Pani ma tak cudne włosy, tak cudne włosy, że to jest po prostu... skandal! Ale pani ma, oprócz tego, usteczka. Jednym słowem... Co ja zresztą mogę o tym powiedzieć? Pani wie, pani to sama wie doskonale, lepiej ode mnie. Ale cóż z tego?
— Tak, z tego nic. Pan mieszka stale w Genewie?
— W Lozannie, pani, Rue Fribourg 32... Stanisław Liwicki... Rue Fribourg 32. Tu zaś na wzgórku hotel Cigne, ale dépendance... — dodał melancholijnie, zatapiając oczy w oczach słuchaczki.
— Niech się pan tak bardzo nie wzrusza, bo to panu może zaszkodzić. Ja pana zapytywałam o adres dlatego, żeby się dowiedzieć, gdzie pan zamierza wysiąść. Bo co do mnie, to wracam już do Montreux.
— A czy mnie nie byłoby danym to szczęście, żeby wrócić tam z panią?
— Wolałabym, żeby pan wysiadł tutaj.