— Ciocia! — zapiał radośnie Horst, nie ruszając się zresztą z miejsca. — Już wiem, po co — oho! Już wiem... A tu właśnie będzie posada — aha!
— Proszę cię uprzejmie, mości Horst — stękała wielka osoba, zasiadając bez ceremonii na kanapie — proszę cię, zamknij no buzię.
— Pani pozwoli, że przedstawię... — mówił wykwintnie pan Pobratyński. — Pan Niepołomski, nasz nowy lokator, pani Barnawska.
Dama dość niedbale skinęła Niepołomskiemu głową. Niezwłocznie zwróciła się do Horsta:
— Panie, te, panie! Masz zielone?
— A to co znowu! — żachnął się zapytany. — Słyszane rzeczy! Na wizycie?
— No, tylko bez tych tam wszelkich! Ty wiesz, mości Horst, że ja tego nie znoszę.
— Wstydź się, ciocia! Wiosna radosna nadchodzi, cała przyroda budzi się, że tak powiem, słoneczko, fiołki, a ciocia wieczne swoje z tymi procentami. To nieładnie!
— Ty wiesz, panie Horst, że ze mną żartów nie ma. Pókim dobra, tom dobra...
— Ciocia jest zawsze dobra, ciocia jest zawsze skądinąd...