— Tak.
— Wszelkie o nim szczegóły byłyby dla mnie po prostu, po prostu...
— Mogę tedy pisać do pani według obecnego adresu?
— Czy może pan pisywać? No... tak. Choć to wszystko... Ach, po co my to mamy wlec, ciągnąć? Może... niech pan wcale nie zajmuje się tym wszystkim!
Mówiła to już oschle i zimno, w sposób niemal obrażający. Szczerbic siedział bez ruchu, sztywno. Twarz jego była obojętna, oczy bez wyrazu. Cień wściekłości, wzdrygnienie szaleństwa przesunęło się po jego twarzy, ale natychmiast znikło, spędzone aktem woli.
— Więc pani do Warszawy teraz nie pojedzie?
— Ja do Warszawy? Chyba pan żartuje? Cóż ja tam będę?... Zresztą, jakżebym mogła tam jechać... — mówiła wlepiając oczy w marmur stolika — toż tam czeka na mnie...
— Kto?
— W miasteczku... wyszeptała.
— Co takiego? — rzekł Szczerbic.