— Dowodu? Jakiż tu można dać dowód?
— Muszę mieć poręczenie, i to, wie pan, na piśmie.
Szczerbic spojrzał na nią uważnie i długo rozważał. Twarz jego drgnęła i bezgraniczna czułość, niezgłębiona litość zasłoniła jego oczy.
— Biedna sieroto! — jęknął z miłością. — Takie to radości zapełniają noce pani?...
— Co takiego? — odpaliła z udaną wyniosłością.
— Ot — nic. Tak sobie. Melancholizuję, smęcę rozmowę. Więc jakże to ma być pisany ów dokument, ów cyrograf?
— Ma być pisany przez pana, ma być stwierdzony honorowym słowem, że nigdy ów Żydek nie dowie się, gdzie ja jestem. Że nawet w sądzie, nawet zaprzysiężony nic nie powie.
— A pani sobie tak po prostu sądziła, że on mógłby się dowiedzieć, gdzie pani jest... ode mnie? Dear me156!
— Ech, ja tak tylko!
— Nie, nie! Ja się nie gniewam. Dobrze, napiszę ów cyrograf. Mogę go napisać krwią spod serca, że nigdy ani ów Żydek, ani nikt inny nie dowie się ani jednego wyrazu o tym, że to pani tam była. Chce pani, żeby to teraz napisać? — mówił z uśmiechem.