— Pani — rzekł Płaza-Spławski ze spokojem.
— Oczywiście że ty! — dorzucił Pochroń.
— No, to zanotujcie sobie, panowie przemysłowcy, w swoich notesach grubymi literami, że ja ani palcem nie kiwnę...
— Mówiłem, że to będzie z korowodami... — rzekł Płaza do Pochronia.
— Dlaczegóż nie miałabyś przyczynić się do wspólnego dobra? — spytał Pochroń łagodnie. — Powiedz tylko! Czytałem jego listy pisane do ciebie. Ten człowiek zrobi wszystko, pójdzie jak dziecko za ciastkiem. Jeśli tylko zechcesz, sprzeda cały majątek i pojedzie za tobą do Ameryki.
— A cóż ja z nim mam począć? Bo wy to pewno już wiecie...
— No... Gdyby chciał wstąpić do interesu... Mogłabyś go namówić. Ostatecznie dla dobra sprawy... mogłabyś z nim pojechać, jeśli zechcesz.
— A ty na to przystaniesz z miłą chęcią... Jakiś ty dobry!
Ognie wewnętrzne uderzyły w serce. Dziwna rozkosz marzenia o wydobyciu się. Pomysły lecące jak tabuny koni. Płacz w piersiach, zduszony powrozami przebiegłych myśli...
— Tiens178... Cóż ja tedy mam robić?