— Niczego od was nie chcę.
— Nie wróci do ciebie nigdy — przenigdy.
— Dopięła mama swego, więc cóż jeszcze?
— A bo musisz zapomnieć!
— Długo mama pożyje, żeby tego doczekać.
— A kiedy musisz!
— Nie! Nie zapomnę go nigdy — przenigdy! — szeptała w szale z zamkniętymi oczami, z uśmiechem. — Choćby bił, choćby mię kopał nogami, choćby mię włóczył za włosy po ziemi — będę go całowała po rękach, po nogach, będę go wielbiła do ostatniego tchu! Żebym go tylko mogła zobaczyć, och, żebym go mogła zobaczyć! Wie mama teraz? — pytała z okrutną kokieterią.
Stara zakołysała się, zaszlochała w sobie. Twarz jej skrzywiła się boleśnie. Rzekła po chwili:
— Pleciesz bez rozumu. Jesteś zupełnie zwariowana, więc ja od dawna i wciąż myślę za ciebie. Dniami i nocami, dniami i nocami. Rozumiesz mię, czy nie? Ja myślę za ciebie bez ustanku.
— Nie potrzeba.