Podszedł Jewsiejenko, żeby mu oczy zawiązać. Odepchnął go oczami. Feldfebel odszedł. Przycisnął tedy do serca ową małą fotografijkę, zamknął oczy. Uchyliły mu się usta od wyższego pięknego uśmiechu. Zamknąłem i ja oczy... Przypadłem piersiami do ściany. Czekam, czekam, czekam. Nareszcie — tarrach!
Geometra Knopf zdjął czapkę i coś tam suchymi wargami do siebie szeptał. Guńkiewicz grzebał patykiem w popiele ogniska, jakby pragnął pozakopywać sowite, pijackie łzy kapiące z jego oczu.
Zapanowała cisza. Wołały się echa po leśnych górach...
Wtem pisarz gminny zwrócił się do generała z pytaniem:
— Proszę też łaski pana generała, a gdzie na przykład jest teraz ten mały syneczek, ów wtedy sześcioletni Piotruś?
— A tobie to na co wiedzieć, gdzie on? — grubiańsko i twardo odpowiedział generał.
— Ciekawość mię wzięła wiedzieć, czy się też spełniła ostatnia wola i rozkaz onego powstańca?
— Nie twoja to rzecz, i ty o takie rzeczy nie śmiej mnie pytać — słyszysz?
— Ja się też od razu dorozumiałem — odrzekł pisarz, patrząc swymi szelmowskimi oczami, z bezczelną drwiną, prosto w oczy starego generała — ja się też od razu dorozumiałem, że z tej twojej ostatniej woli, mój ty „kapitanie Rymwidzie”, tęgo się diabeł musiał uśmiać...