— Czegóż ten od nas chce, Wiktor? — spytała Judymowa.

— A to nasze dzieci obdarły mu wino.

— Co za wino?

— Wiesz, oni tu mają winne krzewy na ścianach... Ten biurger272 miał calutki front domu pokryty. Przyszedł Franek z Karolą, wzięły i obdarły wszystkie liście, powyrywały badyle ze ziemi. No i trzęsie hajba273 morowe powietrze ze złości.

— Po cóżeście wy toto zrobiły?

— Wielkie święto, że my liście urwali! — zaperzył się Franek. — Masz mama o co piekło robić...

— Ten hajb mówi, że tu już do ciebie przychodził — rzekł Wiktor do żony.

— A przychodził. Nawet dwa razy. Gadał sobie coś, ja słuchała. Wygadał, co wiedział, i poszedł.

— Ech, już z tym narodem to człowiek nigdy do ładu nie dojdzie. To prawdziwy kryminał ten kraj! Tu o godzinie dziesiątej wieczorem już ci nie wolno we własnym mieszkaniu tupnąć obcasem w podłogę, bo się cały dom zleci. Nie wolno ci rozmówić się z drugim głośniej, nie wolno ci w kuchni trzymać wiązki drzewa, palić ognia, jak wiatr wieje, nie wolno chlusnąć naftą dla podpalenia w piecu, bo zaraz dwadzieścia pięć franciszków kary — diabli wiedzą, co tu wolno...

Szwajcar tymczasem wciąż do nich gadał. Judym wytłumaczył żonie, że on się tak dopytuje, po co te dzieci zrobiły mu taką krzywdę, żeby niszczyć dojrzewającą gałąź winną. Kto ich tego nauczył, żeby takimi łotrami być już w dzieciństwie.