Morze wzburzyło się nagle.
Fala zarywać się poczęła do topieli, a widnokrąg zawlókł się mrokiem, prawie nocnym.
Zdumieli się obaj rybacy i oczy przecierali, własnym nie wierząc spojrzeniom.
Stanęła przed ich źrenicami na zachodnim skłonie nieba i gnała ku nim właśnie trąba czarna, ukręcona z powietrza i z wody.
Zwara wodna poderwała się z miejsca niskiego, a wiatr lotem po drogach kołowych zawijał ją w lej, skaczący po morzu i trzepiący się w pianach, jako ryba niezmierna.
Powietrze, rzutem z okolicy wyższego do niższego ciśnienia popchnięte, złączyło się z wirem wodnym, jakby go pocałunkami poderwało do siebie.
Słup czarny środkiem morza z zachodu ku wschodowi gnał, wirując.
Ponad tymto czarnym krążelem rozpostarła się potężna ciemna chmura, wylewająca strugi deszczu.
Wokół górnego łba potwory tłukły się masy porozdzieranych obłoków, pędząc od wnętrza wiru ku jego bokom wygiętym.
Zgasło do cna słońce w potopie ulewy.