Z dnia jasnego nagle ciemna noc się stała.
Błyskawice raz wraz rozpalały niezłomne ściany wieży lecącej, a grzmot rozbijał się w obrębie jej zakola.
Obadwaj bracia rybacy rzucili się do ucieczki.
Lecz w którękolwiek pomknęli się stronę, wiosłami pracując, zawsze wirowy bieg wichury gnał ich ku środkowi zjawiska.
Stargane zostały płótna żagli.
Gdzieś się sieci podziały.
Wyrwały się z rąk i pognały w burzę remy wioseł.
Woda górna spadać poczęła w łódź każdą i napełniać ją sobą.
Rozradowały się ryby złowione pod nogami oszalałych rybaków.
Bałwany, kręgiem zwijające się po nad szkutą Józefa i po nad szkutą Janową, wałem syczącym wyniesione, grzywą wściekłej piany obrosłe, przybrały kształty potworów, które zdało się, z głębin morza wypadły.