Józef schylił się nagłym ruchem, porwał za uchwat wiosła, co przy bakorcie leżało, i pchnął niem w głowę Jana.
A potem widział jego ręce, to tam, to sam plaskające między piany, to w głębi, to wierzchem.
I chargot jego słyszał, to we wodzie, to nad wodą.
Raz jeszcze widział jego oczy wpatrzone.
Wtedy otwarła się chmura ponad burzy ośrodkiem i na mgnienie powieki ukazało się niebo.
Wiatr pchnął łódź w jakiś okręg odmienny i poniósł ją w białych pianach dziobem na dół, albo rufą w otchłani, z boku na bok ją magał w przepaściach.
Józef chwytał wodę czerpakiem, bez jednej chwili wytchnienia.
A gdy zdało mu się ukradkiem oczy podnieść za siebie, nie widział już leja wody.
Wiatr srogi dokądś go pędził.
Ani się spostrzegł spracowany, że, mimo ulewnego wciąż deszczu, wody mu w łodzi ubyło.