Plichta statku stromo wylazła i, kołysząc się, stała nad falą.
Przelewy morza szły nad łodzią i między nogami rybaka.
I oto rozległ się krzyk: — bracie, ratuj!
W czarnych bryłach wody Józef zobaczył młodszego, jako płynie ku niemu.
A sam stał po kolana w przewałach, a sam widział, że mu w łodzi już po nadburcia przybrało, a sam czuł, że mu siły w ramionach ubywa.
W ocemgnieniu zobaczył w głębi siebie twarze dzieci i oczy białki miłowanej.
W takiej oto złej minucie brat Jan ze skowyczeniem rozpaczy do jego burty się dorwał.
W takiej oto złej minucie koślawą lewą dłonią zgrzytał po niej pazurami.
Poczuł we wnętrzności swej Józef zimne i jasne rozumienie, że skoro drugi człowiek do łodzi tej się wwali, nie strzyma statek zatopiony zdwojonego ciężaru i natychmiast na dno pójdzie.
I spokojny mu to rozmysł kazał zrobić, co się wykonaniem spełniło.