Lecz mimo pracy tak wściekłej, iż zdolna była siłę burzy pokonać, widzieli obadwaj z przerażeniem, iż się łodzie zanurzają od wzrastającego ciężaru i że wody nie ubywa, lecz przybywa.
Zlani potem wewnętrznym, bardziej, niż potopem zewnętrznym ulewy, noc mieli w oczach, a w duszach szaleństwo.
Bose ich nogi ślizgały się w lepkiej masie ciał rybich, rojących się na dnie łodzi, aż się obaj raz za razem na wznak w wodę walili.
Poskoczyli tedy samowtór obiema stopami na burty.
Na nich stojąc, pracowali bez wytchnienia i aż do ostatniego oddechu.
Krzyk młodszego stawał się coraz częstszy, głośniejszy.
Starszy obejrzał się poza siebie i straszliwą rzecz zobaczył.
Łódź Jana była pełna wody, a on sam stał okrakiem na nadburciu, we wodzie, aż do kostek.
Burty kwaczy, raz bakortem, drugi raz sztymborkiem wynurzały się z piany, jakby jeszcze poratunku szukając.
Rudel pod ciężarem rybaka całkiem się w wodę zawalił.