Długo tam nad nim wiatr huczał i ostra go fala zlewała.
Gdy się zaś porwał o jakiejś godzinie, posępny wieczór zapadał.
Widać było w pobliżu białe helskie wybrzeże.
Niemilknący nigdy głos boi, gwiździela morskiego, w oddali, w swojem miejscu narzekał.
Ach, któż wyrazić potrafi straszliwość nocy jesiennej, zwisającej nad łodzią samotną!
Ach, któż wyrazić potrafi nieszczęście grzesznika, dźwigającego po falach uczynku wspomnienie.
Maszop ujął swe wiosło, ocalone z pogromu.
Patrzał na pióro pojazdy, którem między oczy Litaka uderzył.
Wymacał to miejsce na wiośle struchlałemi palcami.
Milczenie mu wiekuiste nakazał.