Na głos duszy wzywającej gwiździel jeno morski, pław żelazny, ze swego miejsca w oddali, głuchy jęk, niby śpiewkę wieczności odrzucał.
Minęły dnie długie i leniwe tygodnie.
Gdy zaś na jesieni łososie podpłynęły do brzegu i cały lud rybacki wybiegał, aby maszopstwami, poporządku, a pod szypra komendą toń zajmować, Józef stanął wraz z innymi do pracy.
Zostawiwszy stułokciową linę na brzegu, wyjechał w wielkim bacie na morze, wyrzucił prawe skrzydło, macicę, lewe skrzydło niewodu.
Wrócił duchem do brzegu, drugą linę przywożąc.
Stanął sam i pierwszy szlę na ramię zarzucił, — za nim białka i dzieci, a nawet matka stara.
Idąc zaś wstecz a powoli, idąc jedno za drugiem, spokojnie niewód ciągnęli.
Było bowiem ciężko w macicy i srodze się w niej godne ryby targały.
Radość opanowała rodzinę.
Skoro już gruba matnia wytoczyła się w strądy, ujrzeli, iż jest pełna nad podziw.