— I czemuż to, biedny panie Adamie?
— Bo straciłem wszelkie probierze krytyczne...
— Pragnęłabym szczerze współczuć panu, ale nie rozumiem, co to znaczy.
— Idzie tutaj o kolor błękitu. Raz wydaje mi się, że najpiękniejszym jest jasny błękit, kiedy zaczyna się zmierzch, to znowu czaruje mię lazur południa, czaruje jak preludium Chopina.
— I długo trwa ten ostatni stan bolesny?
— Trwa chwilkę, ale...
— Wiem: ta chwilka to wieczność. Czytałam już o tym w ponurych nowelach. Niech się pan upaja chłodem wieczornego błękitu — mówiła, siadając na darniowej ławce, otaczającej dokoła gruby pień jabłonki.
— Chłodem? Co znowu? Poezją, proszę pani, dramatem wreszcie. Ale ja przecież jestem podobno synem Południa: złośliwi nazywają, co prawda, taką przykrą południowość po prostu żydostwem; więc, jako niby syn Południa, kocham tylko te szafiry ciemne, cudowne, porywające...
— Aż kocham? Panie Wawelski, synu Południa...
— Aż kocham!...