— Zosiu, nie siedźmy dziś długo tutaj, bo ja muszę jeszcze pozbierać rzeczy.
— Jakie rzeczy? Po co?
— Wiesz przecie, że dostałam telegram; jutro rano jadę.
— Wandeczko! Cóż ty?... Dlaczegóż masz jechać? — mówiła pani Zofia, podnosząc się szybko z ziemi, mając już pełne oczy łez.
— Pojadę stanowczo! Trzeba pracować, zarabiać na życie! Namyśliłam się... Stanowczo!...
Wawelski poczuł zimny dreszcz w plecach. Siedział ze spuszczonymi powiekami, ważąc przebiegle to oświadczenie.
„Czy to dobrze, czy źle; czy dobrze, czy źle? — myślał. — Mogę bardzo wiele zyskać, ale mogę wszystko utracić. Jutro już tutaj «Zofia» nie przyjdzie; nie będę jej widywał, nie będę jej widywał...”
Pani Zofia zapomniała prawie zupełnie o jego obecności i, obejmując siostrę za szyję, prosiła na wszystko, aby nie odjeżdżała. Nic jednak nie pomogły perswazje, a nawet mruganie powiekami. Zjadliwy uśmieszek Wawelskiego utwierdzał guwernantkę w zaciętym i dla niej samej dokuczliwym uporze. Obydwie miały teraz łzy w oczach, były wzburzone: szybko pożegnawszy towarzysza spacerów, odeszły do domu.
Nazajutrz raniutko, gdy panna Wanda wsiadała do wagonu i szukała zaognionymi oczami „parszywego żydziaka” — w tym celu, aby mu nie odpowiedzieć na ukłon pożegnalny, aby mu nie podać ręki, aby go zmiażdżyć niemym a pogardliwym wyrazem ruchów i twarzy — pogardzony niósł do pniaka bukiet jak zawsze. Szedł szybko; chwilami biegł, co mu sił starczyło. Ten bieg i zmęczenie aż do braku tchu był jak gdyby dobrym przewodnikiem, odprowadzającym z jego nerwów nadmiar trwogi, pragnienia, niepokoju i wzburzenia, które go nękało i nudziło przez całą noc bezsenną.
Zostawił kwiaty na pniaku i wrócił do domu. Czytał tam jakąś książkę, nie rozumiejąc ani jednego zdania; wycierał mechanicznie chustką wilgotne ręce i czekał wieczora. O zmroku poszedł chyłkiem, okrążając las dokoła, dotarł do polanki, starając się nie sprawiać żadnego szelestu i dostrzegłszy, że bukiecik, zwinięty i poczerniały, leży na miejscu, wrócił do domu. Nazajutrz znowu zaniósł kwiaty i doczekał się tego samego skutku. Na trzeci dzień był już jakiś chory z uporu i dreszczów oczekiwania oraz podniecenia moralnego. Szedł po południu do pniaka, ulegając mdłemu wiedzeniu — bo nie kombinacji i nie przeczuciu, że spotka panią Zofię. I rzeczywiście spotkał się z nią w lesie na ścieżce. Na godzinę przedtem spadł przelotny, rzęsisty deszcz letni, zmoczył ziemię aż do głębi, napełnił koleje dróg szorującymi wartko potokami, a las dusznym czadem pachnącej wilgoci.