Pani Zofia szła sama, wysoko obiema rękami unosząc suknię i tupiąc co chwila po korzeniach sosen, aby otrząsnąć błoto z przemoczonych trzewików.
Zobaczywszy Adasia zmieszała się i wykonała niezdecydowany ruch, jakby chciała uniknąć spotkania — lecz że był blisko, przywitała się z nim sztywno i nie patrząc na niego odpowiadała niedbale tylko na pytania.
— Czy pan nie wiedział o odjeździe mojej siostry? — zapytała wreszcie, patrząc mu w oczy z obojętnym uśmiecham — Zostawił pan dla niej kwiaty...
— Tak, zostawiłem je tam, jak zwykle, dla pani... — odpowiedział szorstko, nienaturalnym basowym głosem.
— Dla mnie? — krzyknęła prawie i wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami.
— Może je pani przecie podeptać, rzucić, porwać na strzępy, ale pozostawiłam je dla pani.
Szli kilkanaście kroków, milcząc, jakby się mieli rozejść za chwilę.
— Nie rozumiem pana zupełnie — rzekła z niejaką dumą pani Zofia, chociaż zrozumiała znakomicie. — Mogę tylko nie brać tych kwiatów, nie być tutaj nigdy, dopóki pan nie wyjedzie...
— Będzie pani tutaj choć raz kiedyś, aby zobaczyć trupa wariata, który sobie tutaj właśnie łeb roztrzaska... tutaj właśnie...
Zatrzymał się i patrzał na nią suchymi, pałającymi źrenicami.