— Więc cóż ja mam zrobić, panie, panie Wawelski? — przerwała mu z naiwnym żalem pani Świerkowska, bezwiednie naśladując wyraz jego twarzy i ton głosu.
— Ach, nic, nic! Skończyć to raz, skończyć...
— Niech pan się uspokoi, mój złoty panie, proszę... — mówiła jak do dziecka.
Te jego włosy, kosmykami przylegające do czoła, wywierały na nią szczególne wrażenie, wydawało jej się, że on już jest poraniony, że na tym jego czole są okropne krwawe rany. W jakimś odurzeniu wyjęła z pośpiechem chustkę i obcierała mu czoło. Było jej strasznie żal tego chłopca, ściskało ją w piersiach przerażenie gmatwające wszystkie myśli rozsądne: — oto wyjmie z kieszeni pistolet i zastrzeli się, wyjmie pistolet i zastrzeli się — szeptał w niej jakiś głos obcy.
— Panie! niechże się pan uspokoi... — powtarzała krzykliwie, biorąc go i ściskając za rękę. — Co ja tu pocznę, Matko Boża, co ja pocznę?...
— Nic, niech pani powróci do domu, niech pani na pociechę popieści męża. Cóż to panią obchodzi? A ja nie mogę, nie mam siły do zniesienia!
— No, czego pan chce? No, niech pan powie — zaczęła mówić pieszczotliwie, nic już teraz nie wiedząc, gdzie jest, czego od niej chcą, i dygocąc z przerażenia, że on natychmiast się zabije.
Wawelski tak zaciekł się w rozrabianiu poczucia własnego nieszczęścia, poczucia dławiącego naprawdę, i dalszych jego rozgałęzień, którymi półbezwiednie się podniecał, że sam nie wiedział, czego chce. Przez zaćmiewający mu umysł tuman cierpienia przemknęła jednak myśl jasna, że ugodził w serce pani Zofii, że jej dokuczył i tym cierpieniem ją zahaczył, że się nareszcie włamał przemocą do jej duszy; toteż trzeźwiejąc z rzeczywistego bólu, zatrzymał na twarzy wyraz zdecydowanej na wszystko rozpaczy.
Widok trwogi i cierpienia w jej oczach rozniecał w nim miłość samą, słodką i radosną. Zaczął całować ręce pani Zofii, wyjękując jakieś wyrazy bez sensu, jakieś nazwy pieszczotliwe, których nie śmiał i nie umiał wypowiedzieć głośno.
— Nie zrobi pan sobie nic złego? Nie zrobi pan?... — pytała, nie wzbraniając mu tych pocałunków, głosem wciąż przerażonym...