— Czy co ważnego?
— Tak jest.
Generał otwarł drzwi i wpuścił go do pokoju o niskim stropie. Stało tam na ceglanej posadzce łóżko i kilka sprzętów. Dąbrowski poszukał oczyma miednicy i, przeprosiwszy gościa, zaczął ściągać z olbrzymich ramion kurtę, przypominającą mundur kawalerii narodowej, który nosił był w brygadzie Byszewskiego i na wyprawie wielkopolskiej. Rzekł pośpiesznie:
— Jestem na wsiadanym. Dziś jeszcze mam sporo do załatwienia, toteż mów prędko, mości książę.
Gintułt nie tracąc czasu zaczął rozpowiadać o tym, co widział w Wenecji, wykładać całą aferę. Z początku wyrazy więzły mu w gardle i nie szły na usta, ale wprędce gniew wczorajszy jął go przypiekać. Toteż zimno formułując zarzuty, ciskał w słuchacza nieodparte argumenty. Generał zawinął wysoko rękawy koszuli i zlewał sobie obficie głowę wodą. Książę zniecierpliwiony tym przerwał. Ale wódz zawołał:
— Słucham, mości książę, słucham uważnie.
— Może nieco później...
— Mam żadne później! Jutro idę z moimi w marsz.
— Dokąd, jeśli wolno zapytać?
— Jak to dokąd? Twarzą ku północnemu wiatrowi.