— Puścisz, psubracie?!
— Chybaby na świecie żadnej sprawiedliwości nie było, żeby tobie to na sucho uszło! A i cóż wy, koledzy?
Hiszpanka wyśliznęła się z rąk woltyżera. Czepiając się drżącymi dłońmi sprzętów, okien, drzwi, szła dokądś. Piechury spojrzały po sobie strasznymi oczyma. Milczeli.
— To już chyba chodźmy... — rzekł wreszcie jeden.
— Chodźmy... — rzekł drugi.
Krzysztof obciągał na sobie kurtkę i zabierał się do wyjścia.
— Słuchaj no, panie jeździec, a tobie z nami wara! Ty idziesz z tela osobno...
— Osobno, osobno...
— No, żeby zaś... My są piechota, a ty co tu robisz?
— Dobrze, dobrze...