— Czego? — zgrzytnął na nich kapitan.
Obadwaj skoczyli na ziemię z wysoka. Biegli do koni chwytając swe czapki i lance z szeptem:
— Konnica, konnica!
Kapitan rzucił się w kierunku, który wskazywali. Nic z początku nie dojrzał. Pola porznięte były kępami brzozowych i sosnowych gajów. Od strony wielkiego lasu zwanego Dębakiem, przez środek pól szedł miarowy, chrzęstliwy, dzwonny pogłos. Serce Rafałowe zabiło gwałtownie i z wolna się uciszało.
— Duch-duch, duch-duch...
Płynęły rozpierzchłe myśli:
— Sarny z Łysicy idą, czy co?
— Baczność — do wsiadania! — zakomenderował kapitan cicho, sekretnie.
— Na koń!
Rafał bezwiednie, z oczyma utkwionymi w dal, przeniósł nogę przez grzbiet koński, wsunął stopę w strzemię do kostki wielkiego palca, rzucił końce cuglów na lewą stronę. Poprawił się w siedzeniu, zmocował w sobie, wrósł w siodło i stanął jak wryty.