Zła moja dolo!
Ujmę w dłoń młot najemnego nędzarza.
Na długim łańcuchu łez, a w wiadrze beznadziei spuszczę się, górnik samotny, w sztolnię czarną, w rozwarty szyb przepaści. Pójdę korytarzami w kamieniu niedoli kutemi.
U boku broni żadnej. Na głowie szyszak pogardy. Z za ramion skrzydła pośmiewiska szeleszczą. Na kościach nic, jeno strzępy poszarpanych łachmanów przepychu ducha.
Nic, jeno w ręce młot, a w oczach płomień.
Nic, jeno w piersiach — samotnego serca łoskot głuchy.
Pójdę, zła moja dolo, do końca.
Zajrzę w komorę tajemną.
Porwę w dłoń wyschłą, w dłoń oszalałą stylisko młota i będę w czarną ścianę tajemnej komory dzień i noc kuł.
Albowiem w czarnej ścianie, ja sam, zła moja dolo, wrośnięty w kamień leżę.