Cezary był ponury i głucho zawzięty. Mruknął gniewnie:

— Rozmawiasz wciąż z tym grubasem.

— Muszę...

— To jest nie człowiek. To istny burżuj. Byk z wąsami. Ty możesz patrzeć na jego wypomadowaną głowę? Ja nawet z daleka nie mogę znieść tego byka.

— Czarusiu! Czarusieńku! Czarnoksiężniczku mój! Nie myśl o żadnym byku. Nie patrz na niego. Ty jesteś jeden, jak jedno jest słońce na niebie.

— Jeżeli to jest prawda, że mnie lubisz, to jakimże, u licha, sposobem możesz rozmawiać z tym bęcwałem?

— Mówiłam ci już wtedy — Czaruś — wtedy — pamiętasz? — wtedy — że muszę.

— Nie pamiętam...

— Już nie pamiętasz? On jest bogaty, ma pieniądze po bracie, który bezpotomnie umarł. Może spłacić belle-mère’ę319, która stopudowym ciężarem wisi na Leńcu. Byłabym niezależna. Uwolniłabym się. Muszę!

— No, to i ja muszę z nienawiścią patrzeć na niego.