— Dobrze, wypijemy!

— Ty, klecho, czarny jezuito — precz! Jeszcześ tu! Pomidor — won! Pijemy! Czyś ty wąchał proch, pomidorowy jezuito? Siedziałeś w mysiej dziurze u Pana Boga za piecem, a zęby ci szczękały ze strachu, kłap-kłap-kłap... Ja cię znam! Teraz się dopiero wylakierowałeś... To nie sztuka, bratku!

— Oto są skutki wychowania w moskiewskim gimnazjum... — mruczał do otaczających ksiądz Anastazy.

— Będziesz tu jeszcze ze swym Chyrowem332 wyjeżdżał! O, to już nad moje siły!

— Cicho, Hip! Jakże można tak na brata nastawać...

— Co to za brat! To klecha. W Chyrowie się po łacinie spowiadał. Piję z tobą, a ten precz!

— Piję i ja z tobą! — wołał Cezary, czynem stwierdzając słowne zapewnienie.

— Co to za picie! Gardzisz mną, niby z tej racji, że ja jestem szlagon, niby burżuj, a ty czerwony bolszewik. Och, grubo się mylisz, Czaruś... Grubo! Rozkraj serce moje, rozkraj serce, a zobaczysz...

— Czaruś, pijże i ze mną! — nastawał ksiądz Anastazy. — Nie słuchaj, co ten libertyn333 o mnie wykrzykuje. To jest skutek moskiewskiego wychowania. Po prostu — moskiewskie wychowanie i kwita!

— Piję z tobą, księże dobrodzieju.