— Precz, czarny! Widziałeś, Czaruś, jaką to sutannę włożył... Atłasy z wierzchu, a pod spodem plecy pomidorowe. A bas la calotte!334 — począł krzyczeć Hipolit tak ochrypłym głosem, że wszyscy w tej rozległej pijalni zwrócili się ze śmiechem w jego stronę.

Ale Hipolit w tej chwili już mało co widział. Machał rękami i ruszał nogami bezskutecznie, bo nie mógł stawiać kroków. Siadł na stole i zwiesił głowę na piersi. Przyjaciele, sąsiedzi, znajomi ujęli go pod ręce i opierającego się z całej siły potaszczyli dokądś w zadymioną przestrzeń.

Na placu został ksiądz Anastazy. Ten poczuł się w obowiązku zastąpienia Hipolita. Pili we dwu z Baryką, raz w raz całując się i bez przerwy dysputując. Dysputa była teologiczna, nafaszerowana i naszpikowana takimi subtelnościami, że wreszcie nie wiadomo było kompletnie, czego dowodzi wikary, a co zbija Cezary. Podnosili głos coraz wyżej, czepiali się byle słówka, obrażali się i znowu przepraszali wracając do meritum335 dysputy, do jądra rzeczy, do samej istoty sporu. Lecz wkrótce nadszedł moment fatalny, nie mogli się zorientować, o co właściwie spór się toczy. Z tej rozterki wybawiła ich pewna wspólnie ulubiona piosenka. I oto obadwaj zaczęli śpiewać. Lecz i ze śpiewem nie szło dobrze. Wkrótce każdy śpiewał co innego.

Tak stały sprawy, gdy Cezarego powołano przez posły do sali balowej. Poszedł rezolutnie. Pani Kościeniecka chciała go widzieć. Stanął przed nią z zamiarem tańczenia, lecz ujrzawszy tuż obok pana Barwickiego wyprostował się i począł cedzić przez zęby krajowe i cudzoziemskie wyrazy, rozmaitego pochodzenia, lecz przeważnie bakińsko-rosyjskie, tureckie, perskie, gruzińskie i zgoła portowe. Na szczęście dopomożono mu do zmiany kierunku. Podtrzymany przez życzliwych, ruszył w ślad za Hipolitem Wielosławskim.

Był już ranek, kiedy się ocknął w jakimś pokoju. Hipolit chrapał tak straszliwie, że firanka w oknie drżała. Ksiądz Anastazy mył się w wielkiej misce emaliowanej na niebiesko. Parskał jak źrebiec, zlewał sobie głowę i znowu parskał. Wreszcie wytarł się do sucha i trzeźwym głosem zapytał:

— Czaruś, jedziesz ze mną?

— Dokąd?

— Do Nawłoci.

— Księże, a gdzie my jesteśmy?

— W Odolanach, na pikniku. Na pikniku w Odolanach... — zaśpiewał zupełnie dobrze i głosem zgoła czystym.